Avengers (2012)
Piękny film. Niech się chowają Transformersy i inne wybuchowe filmy akcji. Avengersi są wszystkim tym, czego oczekiwano. A i tak nadal niesamowicie pozytywnie zaskakują.Więc jak Avengersi wypadają na tle reszty marvelowskich produkcji? Z jednej strony Jon Favreau dałby radę to nakręcić i też byłoby dobrze. Jednak możnaby było się wtedy przyczepić, że tak właściwie stworzono kontynuację Iron Mana. Właściwie trudno od takiego wrażenia uciec. Jednakże nazwisko Whedona dodaje tytułowi geekowej mocy i trudno było sobie wyobrazić film, który jest marzeniem każdego nerda, z innym reżyserem niż człowiekiem legendą, przez wielu królem nazywanym. I Whedon starał się daleko nie odbiec od wypracowanej konwencji, jednak czuć w kilku miejscach jego dłoń. Szczególnie w gagach, które pojawiają się idealnie wtedy, kiedy powinny aby rozładować na moment napięcie. A dodatkowo w większości są one tak bardzo rozbrajające, że nie wiem, czy inny reżyser wpadłby na nie, a nawet jeśli, to czy odważyłby się je wykorzystać w takim filmie. Nie ukrywajmy, powinien zostać nazwany odą do patosu. Read more…
Z książką zapoznałem się dopiero niedawno. A książka Adamsa to dzieło przecież kultowe! Uwielbiane przez młodzież i fantastów na całym świecie. I zgadnijcie co? Tak, nie podobało mi się. Taka tam broszurka, z paroma zabawnymi spostrzeżeniami życiowych absurdów, kupą idiotycznych gagów, a depresyjny Marvin wyszedł mało depresyjnie. Szału nie zrobiło. A ekranizacja? Jest dobrą ekranizacją i dopiero po jej obejrzeniu uświadomiłem sobie „boże, jakie to wszystko beznadziejnie głupie”. Sami powiedzcie, czy można to nazwać inteligentną komedią? Satyra na brytyjskie społeczeństwo? Nie przesadzajmy. Są „satyry” i są satyry. I kim jest Garth Jennings, reżyser filmu? Filmografii sporej niestety nie ma. Był twórcą teledysków, a z kinem miał jedynie taką styczność, że w Wysypie żywych trupów zagrał „zabawnie umierające zombie”. To teraz już wiem, że mimo plejady gwiazd, ta produkcja nie miała prawa się udać.
Ekranizacja powieści Cormaca McCarthy’ego, jednego z najbardziej cenionych pisarzy w Ameryce. Powieść ma trochę ponad 150 stron, bardziej to broszurka niż pełnoprawna książka. Opowiada o drodze na południe, którą obrał ojciec z synem w postapokaliptycznych Stanach Zjednoczonych. „Droga” w 2007 roku dorobiła się nawet nagrody Pulitzera. Ekranizacja także została doceniona przez krytków. Ja natomiast książkę uważałem i nadal uważam za zdecydowanie przecenianą. Jest krótka, a mimo to nudna, narracja jest męcząca, główni bohaterowie nieciekawi, fabuły tam właściwie zero. Owszem, można ją bronić argumentem, że to książka opierająca się na motywie drogi, zatem wszystko jest w porządku. Zresztą sam tytuł sugeruje takie rozwiązanie. Jakoś trudno mi uwierzyć, że w temacie drogi nie da się znaleźć lepszego filmu, czy książki. A nawet w kategorii post-apo jest to moim zdaniem rzecz niesamowicie przeciętna. A z tego co wyczytałem kiedyśtam, sam autor zapiera się rękoma i nogami jakoby napisał „fantastykę”. On przecież nie lubi fantastyki i wcale nie o to chodzi w jego książce. Ale panie autorze, jak chcesz coś zaprezentować i potrzebujesz do tego akurat takiego tła, a nie innego, to musisz liczyć się z faktem, że będzie to później szufladkowane. A dużo „Drodze” nie brakuje, żeby można z niej zrobić trochę lepsze post-apo. A tak mamy melodramat dla „niefantastycznych” czytelników. Niby. A ekranizacja jest akurat bardzo wierna. Więc wszystko, czego nie lubiłem w książce, znalazło idealne odwzorowanie na ekranie.
Nie rozumiem. Nie rozumiem tej książki, nie rozumiem wysokich ocen od czytelników. Czyżby to był jeden z tych przypadków, kiedy czytasz coś i nie rozumiesz, a więc dochodzisz do wniosku, że to musi być coś bardzo mądrego, a zatem dobrego, w wyniku czego wystawiasz wysoką ocenę, bo przecież inaczej nie wypada? A może po prostu za głupi jestem i nie dostrzegam głębszego sensu tej książki? Chyba nie, skoro bez problemu połykam Wattsa i Dukaja. A jeśli mamy umieścić „Światło” w podgatunkowej szufladce science-fiction, to pewnie obok książek tych dwóch autorów by je wciśnięto. I może także obok „Mona Lizy Turbo” Williama Gibsona, ponieważ znajduje się w niej kilka bardzo podobnych motywów. A i struktura książki – trzy przeplatające się ze sobą historie, jest mniej więcej taka sama. Tyle tylko, że w trakcie czytania po wielokroć pytałem się w myślach „po co” i „czy te wątki w końcu się połączą”… Odpowiedzi na pytanie pierwsze nie otrzymałem. Odpowiedź na pytanie drugie… Według autora książki pewnie się łączą. Dla mnie takie łączenie wątków zepsuło książkę i zrobiło ją jeszcze bardziej niezrozumiałą. Ale może o to w tym wszystkim chodziło? Mam świetny pomysł na książkę, ale nie wiem jak to zrealizować. Stworzę więc dzieło szalone, trudne do zrozumienia, pełne dziwacznych odniesień, wizji, chorych snów, a czytelnik sam sobie dopowie resztę. To ja jako czytelnik podziękuję za taką możliwość.
Sandboxowy RPG z elementami radosnej siekanki. Przy tej grze przewinęło się kilka znanych nazwisk. Todd McFarlane (twórca postaci SPAWNa), R. A. Salvatore (książki ze świata Forgotten Realms, Star Wars), Ken Rolston (Morrowind, Oblivion). Czyli powinna wyjść dobra gra, prawda? A czy wyszła? Z pewnością jest to niezwykle grywalny tytuł. Ba, nawet bardzo przyjemny. Tylko taki… zwykły. Prosty i pod żadnym względem nie jest zaskakujący. Ale bieganie po Amalurze sprawia dużo radochy, więc nie żałuję tych kilkunastu godzin gry. Kilkunastu, bo jak się spieszysz i Ci nie zależy, to w niecałe 20 jesteś w stanie przejść główny wątek.
Wizja serialowego Sherlocka w wykonaniu Cumberbatcha bardzo szybko i łatwo zagnieździła się w głowach fanów. W mojej również, i to na tyle, że czytając pierwowzór był dla mnie niezwykle nudny i niestrawny. Jak zatem przy takiej konkurencji wypada wersja Roberta Downeya? Ano nie wypada wcale. Już pierwsza część w tym starciu przegrywała z kretesem, a najczęstszym argumentem było, że mało tu Sherlocka w Sherlocku. I owszem, była to bardziej awanturnicza, przygodowa powiastka z elementem mystery, ale kryminalnych zagadek i dedukcji było co kot napłakał. Za to było pełno popisowych bójek i kaskaderskich wyczynów. Czy druga część różni się czymś od poprzedniczki? Jedynie tylko szczegółami i stety, bądź niestety nie wnosi do tematu za dużo nowego.
O książce już 

Wydawnictwo Almaz postanowiło uraczyć miłośników literatury fantastycznej nową formą wydawniczą. Nową przynajmniej u nas. Jest to bookazin, czyli coś pomiędzy książką w wydaniu kieszonkowym, a standardowym formatem, w wiotkiej, magazynowej okładce. Rzecz w czytaniu niezwykle wygodna, a niezawalająca torby, czy plecaka. I co ważne, ok 10 zł tańsza od standardowo wydanej książki. Tak wydana literatura science-fiction do kupienia w prawie każdym kiosku to ogromny powód do radości. Na pierwszy ogień poszło nasze rodzime sci-fi, powieść Grzegorza Drukarczyka, który ostatnią książkę napisał w… 1992 roku! Więc jest to niezwykły powrót po latach na scenę i to od razu z przytupem. „Bogowie są śmiertelni” nie jest bowiem książką prostą w odbiorze. Tak jak w większości przypadków jestem w stanie bez problemu stwierdzić, czy książka jednoznacznie podobała mi się, czy też nie, tak z książką pana Grzegorza mam ogromny problem. Ale jeśli po lekturze nie odstawiam książki po prostu na półkę by o niej zapomnieć, a myślę intensywnie nad tym co właśnie przeczytałem, to w takim przypadku spełniła ona swoją rolę w stu procentach. I rzec ze spokojem mogę, że jestem zadowolonym Tomaszem. 