2012: Podsumowanie

Koniec roku, czyli czas podsumowań. Całych pięciu czytelników tego bloga zna mnie osobiście, więc mniej więcej wiedzą, czy chcą czy nie, bez podsumowania co sądzę na różne tematy. Ale jeśli dotrze tutaj jakaś zabłąkana dusza, to specjalnie dla niej prezentuję rok 2012 moimi oczami. A jest możliwe, że ktoś zabłądzi, bo aktualnie postanowiłem wziąć udział w Projekcie Kino, czyli mojej pierwszej, poważniejszej aktywności w blogsferze. Więc uwaga, uwaga! Wychodzę do ludzi z moim małym i wcale nie takim tanim w utrzymaniu zakątkiem Internetu. Jeśli chodzi zaś o samo podsumowanie to problem jest następujący, że przykładowo większość filmów obejrzanych przeze mnie w roku 2012 pochodzi z roku 2011. Więc czytając miejcie proszę na uwadze, że jako pojedyncza jednostka nie dałem rady wszystkiego obejrzeć/przeczytac/przesłuchać. Przykładowo Hobbita, Moonrise Kingdom, 7 Psychopats zobaczę dopiero w 2013, a jest wielce prawdopodobne, że te tytuły spodobają mi się i zajmą wysokie miejsca w moim prywatnym top 2012. Więc na razie musicie się zadowolić tylko moimi ogólnymi wrażeniami książkowo/serialowo/komiksowo/filmowymi.

filmy

Zacznę od największych rozczarowań jakie mnie spotkały ze strony przemysłu filmowego. Jest to z pewnością wina moich zawyżonych oczekiwań, jednak miałem podstawy by oczekiwać dużo. Trzy tytuły: Resident Evil: Retrybucja, Mroczny Rycerz Powstaje, Uprowadzona 2. We wszystkich przypadkach są to sequele potwierdzające tezę, że nie da się utrzymać dobrego poziomu przez wszystkie części cyklu (choć są wyjątki). W przypadku Batmana niestety poprzeczka została zbyt wysoko zawieszona przez śp. Heatha Ledgera. Tom Hardy nie jest wystarczająco złowieszczy by budzić grozę, a i nie jest wystarczająco charyzmatyczny by przyciągnąć uwagę widza. W moim mniemaniu jest nawet niezwykle komiczny. Dodatkowo zakończenie nolanowskiej trylogii kuleje scenariuszowo, a po Christnie Bale widać nawet, jak bardzo mu już nie zależy. Uprowadzona 2 starała się nie powielać motywów z pierwszej części, a jedynie do nich lekko nawiązać. Niestety przesadzili trochę i wyszło mocno przeciętnie i niestety twórcom nie udało się mnie niczym zaskoczyć. Był pomysł, ale nie do końca dopracowany. Właściwie wolałbym żeby ten film nie powstał, bo aż mnie boli na myśl o ranieniu przegenialnej części pierwszej tak słabym sequelem. Natomiast jeśli chodzi o Resident Evil, to wiem że to są słabe ekranizacje dobrych gier, nie mniej uwielbiam Millę i do tej pory wszystkie części niesamowicie mnie bawiły. No właśnie, do tej pory.

Są też filmy, po których spodziewałem się kaszanki i dokładnie to dostałem, nie mniej, nie więcej. Smutne, że w tej kategorii królują aż dwie polskie produkcje, czyli Big Love i Kac Wawa. Podczas kiedy ten pierwszy stara się jeszcze bronić posiadaniem scenariusza i próbą aktorskiego uwierzytelniania występujących tam postaci, tak Kac Wawa… no właśnie, poziom dna to nadal za wysoko. Nowotworowe porównanie, którego użył Tomasz Raczek w swojej wypowiedzi na temat tego filmu uważam za całkiem adekwatne. Zadziwiającym dla mnie jest też fakt, że twórcy obu filmów nie byli w stanie pogodzić się z porażką i publicznie próbowali szykanować swoich najbardziej krytycznych recenzentów. Ale takie zachowanie pozostawię już do oceny własnej. Zapewne wielu z was zaskoczy fakt, że podobne wrażenia co po Kac Wawie miałem także po seansie Iron Sky. Ale jak to? To przecież tak zabawny i innowacyjny pomysł! Naziści z kosmosu! Otoczka wizualna owszem przednia jednakże dość prostacki i oczywisty humor wylewający się z ekranu przysłonił to, co powinno być największym atutem tego filmu. W przypadku mojej negatywnej oceny w grę jeszcze wchodzi fakt, że nazistów z ciemniej strony księżyca nie uważam wcale za innowacyjnych. Wszystko za sprawą Japończyków, którzy w 2006 zaczęli wydawać mangę pt. The Legend of Koizumi, czyli o ich kultowym już premierze (coś na zasadzie robienia z Putina ikony popkultury), który ratuje świat przed najazdem nazistów z księżyca wygrywając turniej w Mahjonga z Hitlerem. Za mało? Prócz tego występują jeszcze Papież, obaj Bushowie, Putin i wielu innych bohaterów z moją ulubienicą Julią Tymoszenko na czele. Ciężko konkurować z takim składem, a do tego historia jest opowiedziana z dystansem i dużą dawką humoru. Iron Sky chowa się.

W kategorii pośredniej króluje Prometeusz, który chociaż również zawiódł po całości jeśli chodzi o scenariusz, to jednak wizualnie potrafił mnie zadziwić. Miło było zobaczyć piękną Noomi Rapace, która całkiem udanie starała się dorównać legendzie Sigurney Weaver, a i mieliśmy okazję kolejny raz zobaczyć naszego „obcego” przyjaciela w trochę nowym wydaniu. Zaraz obok filmu Ridleya Scotta stoi film Marca Webba. I chociaż reżyser ma bardziej odpowiednio brzmiące nazwisko od Raimi odpowiednie nazwisko, to jednak The Amazing Spider-man od pierwszego Spider-mana wcale lepszy nie jest. W przypadku rebootu Batmana widać postęp technologii filmowej i świeże, bardziej realistyczne spojrzenie na superbohatera. W przypadku Spider-mana różnicy aż tak dużej nie widać. Można się spierać, który aktor lepszy, który strój lepszy i czy Gwen lepsza od Mary Jane. Fani się podzielili, a ja zostałem fanem środka, który uważa, że najlepszym filmem o Spider-manie byłaby wypadkowa obu tytułów. A najciekawiej wypadłby crossover obu, gdzie walczą ramię w ramię i jednocześnie sprzeczają się miedzy sobą. Ale takiego projektu raczej się nie doczekamy. Lekkim zawodem okazali się także Piraci!, czyli plasteliniaki od studia Aarmand Animations. Chociaż to pewnie kwestia, że oglądałem z polskim dubbingiem, a oryginalna obsada mogłaby podnieść moją ocenę o oczko, czy dwa wyżej.

Do pozytywnych zaskoczeń należą trzy filmy, które należy oglądać z przymrużeniem oka. Najwięcej dystansu trzeba sobie sprawić w przypadku Abrahama Lincolna: Łowcy Wampirów, który wbrew pozorom nie był AŻ tak kiczowaty jak wszyscy sądzili, że będzie. Podobnie też wypadło w przypadku Gniewu Tytanów. Po Starciu wszyscy całkiem słusznie jęczeli, że porażka. Sam Worthington przyznał się, że dla niego jako aktora też nie jest to powód do dumy i że postara się lepiej. Skoro poważne kino przygodowe przy pierwszej części się nie powiodło, to twórcy postanowili pójść w stronę niepoważnego unikając miejsc gdzie mogliby popełnić błędy pierwszej części. Trochę to na około i na łatwiznę, ale w ten sposób dostaliśmy przyjemny film, który cały czas puszczał do widza oczko. Pozytywne wrażenie pozostało również po ostatnio oglądanym Dreddzie 3D. Oszczędnie nie tylko z racji budżetu, bo również bardzo oszczędnie zagrane. Z kilkoma babolami, ale bawił praktycznie bez przerwy do samiutkiego końca.

A najlepsi w tym roku to oczywiście Skyfall i Avengers. Jako wielki fan Daniela Craiga w roli Bonda od momentu kiedy zobaczyłem Casino Royale, nie mogłem wybrać inaczej. Jako fan komiksów i wszystkiego czego dotknie się Robert Downey Jr. też. Zapewne nietrudno zauważyć, że większość tego co wymieniłem powyżej to kasowe, niezobowiązujące, głównie hollywoodzkie produkcje. Tak, tego chłonę najwięcej, bo tego po prostu jest najwięcej i na wyciągnięcie ręki.
Jako PS. do kategorii filmy dodam jeszcze tylko Dom w Głębi Lasu, który niby jest z 2011, ale u nas zagościł w sumie dopiero nie tak dawno, a już zdobył szczególne miejsce w moim ser duchu. Widziałem na razie 3 razy, będzie pewnie o wiele więcej w przyszłości.

seriale

Poniższe kategorie będą o wiele krótsze od filmowej, bo niestety żeby przeczytać książkę, czy obejrzeć serial potrzeba bardzo dużo czasu, a nie dwóch godzinek, jak w przypadku filmu. Więc ilościowo tutaj w roku 2012 za bardzo się nie popisałem.
Przy serialach żeby nie robić zbytniego bałaganu wypiszę po kolei na co zwracałem uwagę, w kolejności od raczej tych najlepszych.

Awake – moim zdaniem zdecydowanie najlepszy serial 2012 roku. Świetna kreacja Jasona Isaacsa, jako detektywa cierpiącego na dziwną chorobę, która objawia się tym, że bohater nie może zasnąć i ciągle balansuje między dwoma alternatywnymi światami. Czy to na pewno choroba psychiczna, fikcja, czy prawda i co w końcu wybierze główny bohater? Serial trzyma w napięciu do końca i świetnie balansuje pomiędzy wątkami kryminalnymi, a obyczajowymi. Serial został anulowany po sezonie, co akurat w tym wypadku wyszło na dobre, bo zgrabnie zamknęli całość satysfakcjonującym mnie finałem.

Arrow – kolejne objawienie, które niestety podzieliło komiksowych geeków. Jedni, tak jak ja, twierdzą że czekali na taki serial inni zaś gardzą porównując do prób wskrzeszenia Wonder Woman. Przy Arrow nie da się nie dostrzec sporych inspiracji nowymi Batmanami, grający głównego bohatera Stephen Amell może być porównywany do kłody ma scenarzyści wrzucają wszystkiego za dużo i za szybko i wielce prawdopodobne, że już niedługo przedobrzą, ale jednak Arrow ogląda się niezwykle przyjemnie. Zdecydowanie nie powtórka z tragicznego Cape. Nie bójcie się.

Go On – jedyny sitcom jaki obecnie oglądam. Tak, tak, porzuciłem Big Bang Theory i How I Met Your Mother już dawno z powodu zmęczenia materiału. Miałem później krótki epizod z 2 Broken Girls, ale jednak dopiero Go On kupiło mnie tak naprawdę. I jest jednocześnie wielki i udany powrót Matthew Perry’ego na erkany telewizorów. Polecam w ciemno każdemu obejrzenie pilota. Zaledwie 20 minut, a z pewnością zakochacie się w zwariowanej ekipie z tego serialu, tak jak ja.

Touch – Kiefer Sutherland próbujący zerwać z wizerunkiem Jacka Bauera. Wychodzi mu to całkiem nieźle. Historia może wydawać się trochę naciągana i rozkręca się zbyt powoli, jednak udało jej się mnie złapać i dotrzymać do końca sezonu, który zakończył się sporym cliffhangerem. Jestem ciekaw jak to wszystko się rozwinie. Serial może nie należący do wybitnych ale nadal bardzo przyzwoity.

Emily Owens MD – Nie, nie jest to zrzynka z House MD w wersji kobiecej. To raczej połączenie Scrubs z Chirurgami, gdzie główną bohaterką jest Emily, nieprzystosowana do normalnego życia Emily, której bliżej momentami do Sheldona z BBT, niż do Dr. Grey. Ale stara się, a serial ogląda się przyjemnie. Chociaż w moim przypadku to pewnie kwestia, że takie nieogarnięte kobiety jakoś przyciągają moją uwagę. Szkoda, że mi go anulowali.

Prócz powyższych miałem też podejścia do kilku odcinków Elementary (totalnie nie jak Sherlock), Perception (chciałoby być Sherlockiem połączonym z Lie to Me, ale nie jest), The Client List (Jennifer Love Hewitt jako erotyczna masażystko prostytutka? No musiałem sprawdzić, ale jednak nie dałem rady, nawet ja), Revolution (bardzo średni serial ciągnięty w górę jedynie przez Billy’ego Burke, który w Zmierzchu grał ojca Belli, a tutaj okazuje się być kozakiem… przerwałem jednak po paru odcinkach bo bardziej męczyło niż bawiło), Last Resort, Hunted (tylko jeden odcinek z powodu mojej sympatii do Melissy George, jednak był zbyt powolny, może dalej jest lepiej? Widział ktoś?).
W planach na 2013 mam jeszcze drugi sezon American Horror Story. Prócz tego nie mogę nie wspomnieć o BSG: Blood & Chrome, które wyszło bardzo przyzwoicie i liczę, że kiedyś zobaczę pełen serial ,a nie tylko pilota w formie miniserii. Wspomnieć muszę też o Dexterze i Homeland. Podczas gdy finał Dextera raczej mnie nie zaskoczył, tak finał Homeland pozamiatał i czekam na więcej.

literatura Na książki w ogóle nie miałem czasu w tym roku. W szczególności na te wydane w 2012. Najważniejszym wydarzeniem literackim dla mnie jest zakończenie sagi Pana Lodowego Ogrodu, o czym już pisałem, więc nie ma sensu żebym się powtarzał. Dużym zaskoczeniem było, że Andrzej Ziemiański jednak napisał kontynuację Achai. Owszem, były plotki, ale nie wierzyłem w nie. Pomnik Cesarzowej czeka na półce, aż zdobędę odwagę wziąć go do ręki. Z niecierpliwością również oczekiwałem na drugi tom Trylogii Stulecie Kena Folletta. A kiedy już go wydali to zapał mi zmalał, bo wydali w zupełnie innej oprawie niż pierwszy tom. Tłumaczą to bez wstydu kwestiami finansowymi, co jestem w stanie zrozumieć, ale Fabryka Słów wydając czwarty tom Pana Lodowego Ogrodu też mogła zostawić nas, fanów na lodzie dla większego zysku, a jednak tego nie zrobiła. Można? Można. Ktoś może tutaj spekulować, że są różnice w sytuacji wydawnictw i bronić Albatrosa. Ale co mnie to obchodzi? Jestem tylko zwykłym czytelnikiem, potencjalnym klientem i czuję się oszukany. Proste.

Z wielkim żalem musiałem też pożegnać się z moich ukochanym pismem, czyli Science-Fiction, Fantasty i Horror, które czytałem już od nie pamiętam ilu lat, i od tylu samu prawie że byłem aktywnym członkiem forum tegoż pisma. Teraz trochę już mniej, ale nadal sentyment pozostaje do pisma, miejsca w Internecie i użytkowników. Obecnie na rynku pozostała Nowa Fantastyka, która moich potrzeb w ogóle nie zaspokaja i nowe wydawnictwo Coś na Progu, które nie tycze się stricte fantastyki, a bardziej kryminału, grozy i weird fiction, ale zerkam do niego raz na jakiś czas z ciekawości i życzę mu jak najlepiej.

Prócz tego przeczytałem Atlas Chmur, co prawda tak jak wszyscy na fali nowego obrazu Wachowskich i Tykwera, jednak nie w nowym wydaniu, a starym. Szczerze mówiąc, mnie nie zachwyciła i trochę dziwi mnie nagły hype na nią, na prawie każdym blogu i portalu. Rozumiem, że spowodowane jest to filmem, ale nie przypominam sobie, żeby ktoś w ogóle zwrócił na nią uwagę sześć lat temu, kiedy pierwszy raz została wydana. Marketing jednak zrobił swoje.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na dwie inicjatywy wydawnicze, które pojawiły się w mijającym już roku. Pierwsza to wydanie cyklu kieszonkowych wydań ze świata Gwiezdnych Wojen, w przystępnych cenach. Do tej pory nie mogę odżałować, że nie biegałem za tym po kioskach i teraz będzie problem ze skompletowanie. Z drugiej zaś, wydawnictwo dało za krótkie przerwy między kolejnymi numerami. Podobną, kioskową inicjatywą jest Wydawnictwo Almaz, otwarte przez ludzi ściśle związanych ze wspomnianym już przeze mnie forum SFFiH. Pisałem o nich przy okazji recenzji książki Bogowie są śmiertelni. Od tamtej pory kompletuje całość ich kioskowego cyklu, jednak nie miałem okazji jeszcze się w niego zagłębić i wszystko zostawiam na 2013 rok. Obiecuję nadrobić zaległości.

komiks Ze światka komiksowego dla mnie właściwie istotne są dwa wydarzenia. Po pierwsze Cameron Stewart na ostatnim MFK nad czym już się podniecałem. Przy czym Cameron ukończył już swój komiks internetowy Sin Titulo, niedługo je pewnie wyda na papierze, a już są pierwsze plansze z jego nowego komiksu, który będzie publikować online i wyglądają niesamowicie! Druga sprawa, to wydane przez Hachette komiksy Marvela. W końcu się doczekaliśmy, pierwsze dwa numery kupiłem i wyglądają bardzo przyzwoicie, na półce prezentują się też nieźle. Kto nie kupił to warto zerknąć do kiosku po obecny drugi numer, który obejmuje zeszyty 1-6 serii Astonishing X-men ze scenariuszem Jossa Whedona. Co tu dużo gadać, komiksy Marvela, w kioskach, za przystępne pieniądze. Chociaż zaraz ktoś będzie narzekać, że 2×40 zł miesięcznie to dużo. Może i faktycznie ciut za mały odstęp dali. Ale nic to, zobaczymy co z tego wyniknie.
Z komiksów wydanych w naszym kraju w 2012 zakupiłem jedynie Dzieci i Ludzie Marzeny Sowy, ale nic nie będę o nim pisać, bo może przy drugim, trzecim czytaniu doczeka się ten komiks także recenzji. To samo tyczy się szkicownika Śledzia.
anime Tego gatunku oglądam tyle, że jakbym się uwziął to całego bloga mógłbym tak zawalić dlatego podam tylko kilka tytułów – polecanek.

Na pierwsze miejsce idzie Hyouka, którą można uznać za japońską odpowiedź na seriale typu Sherlock. Tutaj mamy introwertycznego nastolatka, ekstrawertyczną pasjonatkę tajemnic i tytułową Hyoukę, od której wszystko się zaczyna, a później totalnie od tego tematu odbiega. Jeśli ktoś jednak lubi spokojne anime, dopracowane wizualnie, z intrygującymi zagadkami, to może brać w ciemno. A w tle muzyka klasyczna.
Accel World i Sword Art Online –dwa tytuły o wirtualnych rzeczywistościach i grach MMO. Można je uznać na jakieś szersze spojrzenie na trochę matrixową tematykę, ale można też po prostu dobrze się bawić oglądając te wypełnione akcją tytuły. Przy czym AW stawia zdecydowanie na akcję, drugie balansuje pomiędzy problemami międzyludzkimi, próbą odkrycia odpowiedzi na nurtujące bohaterów pytania i stosunki międzyludzkie. Ale jak trzeba to też przykopie.

Sakamichi no Apollon – obyczajówka o początkach jazzu w Japonii. Warto dla dobrej muzyki i skomplikowanych relacji między bohaterami. Niestety muzyka w pewnym momencie schodzi na dalszy plan, aby pod koniec wrócić. Nie mniej ciekawy tytuł. Jedno z tych anime bardziej dla dorosłego widza.

Space Brothers – obyczajówka dziejąca się w niedalekiej przyszłości, która spodoba się każdemu fanowi science-fiction. Dwaj bracia marzą o zostaniu astronautami. Kiedy dorastają udaje się to tylko jednemu, a drugi zostaje na ziemi. Kiedy jednak traci pracę, za sprawą brata postanawia jednak podążyć za dziecinnym marzeniem. Czyli co musi zrobić dorosły facet w Japonii żeby zostać astronautą. Na ile wizerunek Japońskiej Agencji Kosmicznej przedstawiony w tym tytule jest prawdziwy? Trudno stwierdzić, ale zobaczyć warto. Mimo, że ma troszkę dłużyzn.

Tsuritama – przedziwne anime o kosmitach i łowieniu ryb, w dość bajkowej i niezwykle pozytywnej oprawie wizualnej.

Jinrui wa Suitai Shimashita – świat po apokalipsie na którym pojawiły się małe wróżki. Wróżki są obojętne płciowo i rozmnażają się poprzez pączkowanie, a do tego psocą ile wlezie. Potrzebna jest więc osoba, która będzie mediować między wróżkami i ludźmi, bo dogadać się z nimi jest bardzo ciężko. Anime jest chronologicznie ciężkie do ugryzienia, bo odcinki są pomieszane trochę jak przy Haruhi, nie mniej warto dla niesamowicie absurdalnego humoru i kliku intrygujących spojrzeń na politykę, fandom i ogólny kierunek ludzkości.

Anu Natsu de Matteru – obyczajowo miłosne z wątkiem kosmicznym. Coś dla fanów miłosnych pięciokątów i facetów w czerni. Brzmi głupio ale bardzo wciąga, a historia wbrew pozorom jest całkiem poważna.

muzyka
Tutaj zapraszam do listy 50 najlepszych albumów i listy 50 najlepszych singli na portalu Myband.pl. Nie ze wszystkimi pozycjami się zgadzam, ale pomagałem przy stworzeniu obu list i zapewniam, że znajduje się tam góra dobrej muzyki. I co najważniejsze – różnorodnej. Więc każdy znajdzie tam jakąś muzyczną inspirację dla siebie. Nietrudno też będzie zgadnąć, które propozycje są ode mnie. Ogólnie polecam. Na liście znajduje się Skyharbor – projekt, który na nowo zdefiniował mój gust muzyczny, czyli to co udało się kiedyś Iron Maiden. Nawet teraz po gwiazdce zamówiłem sobie z tą płytkę z wysp, a w życiu nic nie zamawiałem z zagranicy. Zobaczymy czy będzie. Pozytywnie zaskoczyła mnie też jedna płyta hip-hopowa, polska na dodatek. Chodzi o BISZa i  Wilka Chodnikowego. Też polecam.

2013?

Plany na 2013 wyglądają następująco – przeżyć. W styczniu kupuję Kindla , co już jest postanowione, więc mam nadzieję podciągnąć średnią czytelniczą. Przy okazji może wyrwie to troszkę mojego bloga ze stagnacji. Zobaczymy. Dodatkowo mam jeszcze pomysły na dwa, a może nawet trzy projekty. Pewnie żadnego z nich nie wykonam i wyjdzie tak jak z klubem łódzkich czytelników fantastyki. Ale musicie przyznać, że ideę miałem całkiem dobrą, tylko jednemu człowiekowi wszystko tak ogarnąć trochę ciężko. Więc liczę na więcej siły w przyszłym roku. Zobaczymy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *