Autostopem przez galaktykę (2005)

Z książką zapoznałem się dopiero niedawno. A książka Adamsa to dzieło przecież kultowe! Uwielbiane przez młodzież i fantastów na całym świecie. I zgadnijcie co? Tak, nie podobało mi się. Taka tam broszurka, z paroma zabawnymi spostrzeżeniami życiowych absurdów, kupą idiotycznych gagów, a depresyjny Marvin wyszedł mało depresyjnie. Szału nie zrobiło. A ekranizacja? Jest dobrą ekranizacją i dopiero po jej obejrzeniu uświadomiłem sobie „boże, jakie to wszystko beznadziejnie głupie”. Sami powiedzcie, czy można to nazwać inteligentną komedią? Satyra na brytyjskie społeczeństwo? Nie przesadzajmy. Są „satyry” i są satyry. I kim jest Garth Jennings, reżyser filmu? Filmografii sporej niestety nie ma. Był twórcą teledysków, a z kinem miał jedynie taką styczność, że w Wysypie żywych trupów zagrał „zabawnie umierające zombie”. To teraz już wiem, że mimo plejady gwiazd, ta produkcja nie miała prawa się udać. 

A plejada gwiazd jest, nie można zaprzeczyć. Same znane nazwiska. Martin Freeman (pan Watson z BBC) w roli głównej, asystuje mu Mos Def i przeurocza jak zwykle ZooeyDeschanel. Całe przedstawienie stara się ukraść Sam Rockwell na przemian z Alanem Rickamen, jednym z moim ulubionych kinowych głosów. Zresztą posłuchajcie sobie na youtube, jak Rickman czyta Szekspira. Coś pięknego. Natomiast w roli paranoidalnego robota Marvina wypada niestety źle, nieprzekonująco, od niechcenia. Chyba najgorsza jego rola. Nie żartuję. Może trochę paradoks. Czy depresyjne może być niesamowicie nieumiejętne, nieprzekonujące imitowanie depresji? A co w tym wszystkim robi John Malkovich? Nie rozumiem.

Fabularnie ekranizacja stara się wiernie iść za książką, nawet jej się to udaje. Chociaż fabuła Autostopem przez galaktykę, to tak naprawdę seria dziwnych perypetii, które w pewnym momencie kończą się wielkim finałem. Książka na wielki finał nie przygotowywała i momentami nawet zaskakiwała. O filmie nie można tego powiedzieć, bo co chwila dostajemy jakieś wskazówki. Np. po co pokazywać białe myszki na statku?  Do czegoś, co w ksiażce było dla czytelnika zaskoczeniem, widz zostaje wprowadzony za rączkę. Ale może coś w tym jest? Może chodziło o jak najlepsze podkreślenie ciągłości zdarzeń i zazębienie wątków? Może faktycznie byłoby bardziej niestrawne, gdyby tak nie uczyniono? Nie, co ja się będę oszukiwać. Nie, z pewnością nie.

Od strony wizualnej jest to bardzo przyjemna produkcja. Nie razi komputerową sztucznością wcale, a wcale.  Bliżej tu do uroczego retro w stylu Doktora Who. Aż miło popatrzeć na obślizgłych Vogonów. Marvin jak dla mnie za bardzo beczułkowaty. Statek w formie kuli to też ciekawa koncepcja. Cała scena z kukiełkami i scenografią zrobioną z włóczki – bardzo pozytywne. Muzycznie? Niestety tutaj słabo, bo ścieżki dźwiękowej już nie pamiętam. Ale muzyką zajął się Joby Talbot, współpracownik Gartha w jego „teledyskowym” projekcie i też nic znanego nie ma na koncie. Rozumiem, że panowie mieli ambicje, jednak rzucanie się na taką książkę, było dla nich chyba zbyt głęboką wodą. Chociaż przyznać trzeba, że pomysł mieli. Ba, nawet dużo pomysłów mieli. Aż za dużo wręcz. Ich kolejnym filmem była już stuprocentowo autorska produkcja. Syn Rambow. Można sobie sprawdzić, jak poradzili sobie z własnym pomysłem. Ja pozostawię ten hit bez komentarza.

Dla kogo zatem jest Autostopem przez galaktykę? Zdecydowanie dla zatwardziałych fanów książki. Nie wyobrażam sobie, żeby po obejrzeniu, film zainteresował kogoś na tyle, żeby zabrał się później za pierwowzór. Ale możecie sami sprawdzić. W przyszłą niedzielę będzie emisja na kanale AXN. Jak kogoś czytanie boli, może obejrzeć. Chociaż ja polecam przeczytać. Przeczytanie tej broszurki zajmie wam tyle, co obejrzenie filmu. Taka krótka jest. I nawet nieźle napisana.

OCENA: 5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *