2012: Podsumowanie

Koniec roku, czyli czas podsumowań. Całych pięciu czytelników tego bloga zna mnie osobiście, więc mniej więcej wiedzą, czy chcą czy nie, bez podsumowania co sądzę na różne tematy. Ale jeśli dotrze tutaj jakaś zabłąkana dusza, to specjalnie dla niej prezentuję rok 2012 moimi oczami. A jest możliwe, że ktoś zabłądzi, bo aktualnie postanowiłem wziąć udział w Projekcie Kino, czyli mojej pierwszej, poważniejszej aktywności w blogsferze. Więc uwaga, uwaga! Wychodzę do ludzi z moim małym i wcale nie takim tanim w utrzymaniu zakątkiem Internetu. Jeśli chodzi zaś o samo podsumowanie to problem jest następujący, że przykładowo większość filmów obejrzanych przeze mnie w roku 2012 pochodzi z roku 2011. Więc czytając miejcie proszę na uwadze, że jako pojedyncza jednostka nie dałem rady wszystkiego obejrzeć/przeczytac/przesłuchać. Przykładowo Hobbita, Moonrise Kingdom, 7 Psychopats zobaczę dopiero w 2013, a jest wielce prawdopodobne, że te tytuły spodobają mi się i zajmą wysokie miejsca w moim prywatnym top 2012. Więc na razie musicie się zadowolić tylko moimi ogólnymi wrażeniami książkowo/serialowo/komiksowo/filmowymi.Continue reading

MFKiG 2012

Dawno nic nie było na blogasku, ale o MFK musi być, nie ma przebacz. Zwłaszcza, że w tym roku Festiwal Komiksu był dla mnie wydarzeniem wyjątkowo ważnym. Wszystko dzięki Cameronowi Stewartowi, który jak się okazuje przeprowadził się tymczasowo zza oceanu, do naszych zachodnich sąsiadów, a stamtąd miał już tylko o rzut beretem do Łodzi. Na Festiwal chodzę od 6 lat, ale tak właściwie dopiero w tym roku poczułem co tak naprawdę znaczy słowo „międzynarodowy” w nazwie.

To niesamowite jak bardzo ten festiwal przybliża nam, mnie, wielki świat. Nie pamiętam już jak dawno, ale kiedyś doklikałem się do Sin Titulo, komiksu internetowego Camerona Stewarta, który dosłownie wgniótł mnie w podłogę.  Zapewne nie mnie jedynego, bo Sin Titulo  nolanowską Incepcję zjada na lunch. Klikając dalej odkryłem bloga, a tam multum wspaniałych szkiców i ciężko było mi nie zakochać się w tym stylu. I wiele, wiele miesięcy ślinienia się do jego rysunków później dowiaduję się, że Cameron Stewart będzie w Łodzi i coś co w moich wyobrażeniach zawsze było zarezerwowane dla Comic-Conów itp. i tym samym nieosiągalne stało się rzeczywistością. Chociaż były wzloty i upadki, i nieraz wątpiłem już w to, czy uda się zdobyć jego rysunek. Udało się.

Organizacja mocno kulała jeśli chodzi o autografy największych gwiazd. W sobotę Cameron Stewart miał zaledwie niewiele czasu dla fanów, bo wywiady były ważniejsze. I z około trzydziestoosobowej listy kolejkowej narysował coś tylko dla czterech osób, a później pozwolono mu tylko dawać podpisy. Co jest absurdem, bo w Polsce żaden z jego komiksów nie był wydany. Poprawcie mnie jeśli się mylę. Owszem Cameron narysował komiks do gry Assassin’s Creed, ale to nie ten wydany u nas. Więc raczej nikt nie miał nic do podpisywania, a z samą parafką na kartce papieru, to nie wiem co miałbym zrobić. W niedzielę sytuacja podobna. Ci najwięksi twórcy dostali czas dla fanów tuż przed planowanym zamknięciem hali targowej, więc wszyscy byli w stresie, czy uda się zdobyć rysunek. Czy wszystkim się udało? Nie wiem, bo po zdobyciu własnego rysunku ruszyłem przez właściwie już puste centrum festiwalowe do domu.

Z pozostałych wrażeń po festiwalu…
Pozytywnym zaskoczeniem była cena. 10 zł. za dwa dni plus galę finałową. Do tego te 10 zł było cegiełką na jakąś fundację. Przyjemne z pożytecznym. Spotkania, na których uczestniczyłem (Cameron Stewart, Marzena Sowa, Melinda Gebbie, Michał Śledziński) były bardzo ciekawe, a także zabawne. Najpozytywniej zaskoczyła mnie Marzena Sowa, na której zostaliśmy właściwie przez przypadek. Naturalnie posłuchać opowieści żony Alana Moora było drogocennym doświadczeniem i to pewnie najbliższy kontakt jaki kiedykolwiek będę mieć z Moorem. Ale może żona namówi go, by przyjechał z nią w przyszłym roku… kto wie, kto wie.
Na gali finałowej uśmiałem się jak nigdy. W większości to wina jak zwykle błędów Wytwórni (jeszcze nie zdarzyło się, żeby coś poszło tam idealnie), które były po prostu śmieszne. Wyniosłem stamtąd też pewne trofeum ale o tym za chwilę. Pora na stosik zdobyczy. Oto on:od góry:

  • Coś na progu #2 i #3 + Cienie spoza Czasu niekomiksowa zdobycz, ale od jakiegoś czasu zbierałem się z zakupem żeby sprawdzić to nowe pisemko o literaturze fantastycznej, horrorze i kryminale. Nadarzyła się okazja bo na MFK mieli świetną promocję na powyższy pakiet. Dodatkowo wyprosiłem numer #1, który jest niedostępny, bo nakład został wyprzedany. Wyślą mi za darmoszkę jakiś naruszony trochę egzemplarz. Dobrzy ludzie. A w Cieniach spoza Czasu można sprawdzić jak się Moore sprawdza w prozie, jest tam jego opowiadanie inspirowane Lovecraftem.
  • Szkicownik Michała Śledzińskiego (autograf) jako fan (bardziej samego Śledzia niż jego twórczości, nie mogłem nie kupić. Stoi już grzecznie na półce obok szkicownika Karola Kalinowskiego.
  • Dzieci i Ludzie -Marzena Sowa, Sandrine Revel (autograf) kupione właściwie dlatego, że Marzena Sowa urzekła mnie swoją osobowością na spotkaniu z nią. Zrobiła na mnie wrażenie szczerej, pozytywnej kobiety. To już drugi przypadek kiedy kupuję komiks, nic o nim nie wiedząc, tylko z powodu, że spotkanie z autorem mi się podobało (pierwszy raz miałem tak z Uli  Oesterle) i wcale tego nie żałuję. Bardzo się cieszę z wpisu Marzeny. Dzięki raz jeszcze.
  • Żywe Trupy #1 – Robert Kirkman, Tony Moore nie miałem w planach kupować, ale jakiś nagły impuls sprawił, że jednak wziąłem. Naturalnie z czytaniem Walking Dead jestem na bieżąco, więc kupione raczej przez sentyment, sympatię. Cały czas nie mogę pojąć czemu Tony Moore narysował tylko pierwszy tom. Jego rysunki podobają mi się zdecydowanie bardziej niż to co teraz rysuje Charlie Adlard. Dlatego nie planuję kupować kolejnych tomów. Chociaż kto wie… Na razie ten mam na wypadek, gdyby Tony Moore przyjechał kiedyś na MFKiG.
  • Invincible Compendium #1 największe pozytywne zaskoczenie. Wyczajone na półkach sklepu Multiversum, gdzie działa się szalona promocja, a mianowicie 1$ miał przelicznik 1,5 złotego. A niektórzy wiedzą jak bardzo uwielbiam Invincible’a. Po prostu musiałem. Naturalnie jest to raczej egzemplarz kolekcjonerski, bo nie wyobrażam sobie, żeby komukolwiek było wygodnie czytać takie ponad tysiąc stronicowe tomiszcze.
  • pin z logo Green Lantern nie wiem kto i dlaczego, ale rozdawali taki super gadżet totalnie za darmo. Coś z głowami musieli mieć nie tak.
  • wejściówka VIP, którą dostałem od Johna McCrea, kiedy zdejmował swoje ubrania żeby wygodniej mu się rysowało. Naturalnie wszyscy, którzy byli doskonale wiedzą jak się to skończyło. W każdym razie miałem swój moment lansu i mogę to uznać za wyjątkową pamiątkę. Chociaż McCrea jakoś niespecjalnie mnie rajcuje jako komiksiarz. Ale lepsze to niż nic.

Niesamowicie pozytywne i owocne MFKiG.

 

„Filmowy” – (1) kwiecień 2012

Wydawca Gazety Wyborczej, Agora wychodzi do nas z nowym kwartalnikiem. Po „Książki – magazyn do czytania” przyszła pora na „Filmowy magazyn do czytania”. Nazwa w obu przypadkach całkowicie bzdurna, bo do czegóż innego miałby być ten magazyn? Kartkowania, podkładania pod kubek z kawą? Ale no dobra, powiedzmy że chodzi o sprytną „grę słów”. „Książek” nigdy nie kupiłem, raz przejrzałem i chociaż uważam się za osobę oczytaną troszkę ponad średnią krajową, to tematy tam zawarte nie są zdecydowanie skierowane do mnie. Ale film, to przecież zupełnie inna para kaloszy! Zwłaszcza, że od dawna cierpię na brak prasy, nie tylko o tematyce filmowej, której odbiorcą mógłbym siebie uważać. A teraz jak zaprzestano wydawania SFFiH (numer majowy będzie ostatnim) to już w ogóle posucha będzie. Ale pozostając w filmowym temacie – na rynku prasy o tematyce filmowej pozostał tylko „Film”. Pomijam oczywiście niskonakładowe, alternatywne kwartalniki, bo do tego chyba nikt nie zagląda ze strachu przed dużą ilością niezrozumiałego tekstu. O „Filmie” opinia, którą podzielam, jest taka, że jest drętwy. Dodatkowo człowiek interesujący się tematem i posiadający w domu internet 80% informacji zawartych w numerze „Filmu” wie zanim go kupi. Inaczej sprawa miała się z miesięcznikiem „Movie”, który wspominam najlepiej. Zabawny, ciekawy, wyważony, z dużą ilością ciekawostek i odpowiednią proporcją obrazki – tekst. Niewyjaśnioną dla mnie jest zagadką, czemu miesięcznik padł po 8 numerach… Ale może „Filmowy magazyn do czytania” zapełni lukę? Zajrzyjmy zatem do środka. Continue reading

O Wiedźminie słów kilka, czyli najpopularniejsze polskie fantasy oczami Tomasza

wiedzmin Moja pierwsza styczność z postacią Geralta miała miejsce  w roku 2002, przy okazji premiery serialu w TVP2. Jak powszechnie wiadomo, fani książek ową produkcję mocno skrytykowali  twierdząc, że gorzej być nie mogło.  Ja wtedy lat miałem 13, więc zbytnio do jakości oglądanych przeze mnie rzeczy wagi nie przykładałem, a nawet jeśli to ówczesna telewizja, tak jak dziś, nie miała za bardzo czym się chwalić, więc obejrzałem parę odcinków z nudów i na tym się skończyło. Za książki się nie zabrałem wtedy, bo byłem zajęty lekturą Silverberga i Asimova, których pełnego obrazu twórczości nie ogarniałem jeszcze wtedy, ale mimo to uwielbiałem. I teraz, 25 lat po narodzinach wiedźmina Geralta, a 9 po moim pierwszym spotkaniu z nim zapoznałem się z książkami. Nie dlatego, „bo wypada”, czy z zachęty pozytywnymi opiniami, a z powodu gry. Ciekaw byłem jak wygląda fundament, na którym powstała rozsławiając polskich twórców gier komputerowych na całym świecie.Continue reading

Prasa, Internet i komiksy

W 2003 roku BBC wydało na świat mini-serial pt. „Stan Gry”. Osiągnął on tak duży sukces, że zaledwie sześć lat później ambitny reżyser, Kevin Macdonald (twórca chociażby świetnie przyjętego z powodu roli Foresta Whitakera „Ostatniego Króla Szkocji”) postanowił przenieść go na duży ekran. Wyczyn nie lada, z sześciogodzinnej intrygi stworzyć taką na dwie godziny i to jeszcze tak by zachować cały sens i nie zgubić widza gdzieś po drodze. Sceptycyzm w tym momencie byłby jak najbardziej usprawiedliwiony. Jednak udało się to w stopniu przekraczającym wszelkie oczekiwania. Macdonaldowski „Stan Gry” był jednym z najlepszych filmów jakie można było w 2009 roku zobaczyć na ekranach kin. Nie tylko wciągał sprawnie przeprowadzoną intrygą polityczną i świetną grą aktorską Russela Crowe, czy Helen Mirren, lecz także dodatkow poruszał temat prasy w XXI wieku tworząc jakby odrębną powieść w powieści. Serialowy pierwowzór skupiał się jedynie na intrydze, tamtejsza Della była zwykłą reporterką. Sześć lat później u boku Crowe’a nie staje zwykła dziennikarka. To już blogerka, co jest parokrotnie podkreślane. Wierny tradycyjnemu dziennikarstwu Cal zostaje poproszony, by wziąć pod swoje skrzydła młodą dziennikarkę z internetowego wydania gazety. Zderzenie dwóch medialnych światów i początkowa niechęć głównego bohatera do dziewczyny ma uzmysłowić widzowi, że ewolucja prasy jest nieunikniona i dzieje się właśnie tu, teraz, w domu każdego z nas. I nikt nie ma pewności, czy to wszystko idzie w dobrą stronę.Continue reading