Crazy, Stupid, Love (2011)

To film, który perfidnie bawi się widzem. Zaczyna się od sielankowego obrazu zniszczonego przez cały czas niewinnie uśmiechającą się Julianne Moore, której jest niesamowicie przykro, że zdradziła swojego męża. Główny bohater grany przez Steve’a Carella jest tak załamany, że wyskakuje nawet z jadącego auta. Zdruzgotany zaczyna bywać w klubie, gdzie pije i narzeka na życie. Tam poznaje Ryana Goslinga, który uczy go jak nie być pipką, a prawdziwym mężczyzną, na którego leci każda kobieta. Przy czym lista zasad, których trzeba się trzymać jest krótka i bardzo prosta. Właściwie sprowadza płeć piękną do łatwo dającej zmanipulować się papki, która nie widzi problemu w seksie z nieznajomym, którego poznała dopiero piętnaście minut temu. Co więcej „Crazy, Stupid, Love” stara się nas przekonać, że to działa na wszystkie i dla wszystkich. Nie trzeba być wyciętym z photoshopa Goslingiem, można być misiowatym i trochę neurotycznym Carellem, żeby zaliczać ile się chce i jak często się chce. Oczywiście główny bohater korzysta ile może, cieszy się swoim niebywałym szczęściem, by później okazało się, że jednak kocha swoją żonę. Żona mimo mieszanych uczuć jednak i tak spotyka się z Kevinem Bekonem, który swoją drogą jest niezwykłym dupkiem. Ot, kolejny stereotyp, że fajne kobiety, jak przychodzi co do czego, to głupieją niesamowicie i wybierają całkowitych wieśniaków. No ale żeby nie było za dobrze, niekonsekwencji w działaniach głównych bohaterów stać musi się zadość, więc żonie też się w końcu musi odwidzieć i dojść do wniosku, że jednak wolała swojego męża.

I właściwie mógłbym tak rozłożyć na części pierwsze całe „Crazy, Stupid, Love”, ale nie będę tego robić żeby nie psuć zabawy z oglądania, bo jednak trochę zaskakujących momentów ma. Puenta tej notki ma być taka, że w komediach romantycznych coraz częściej pokazują nam jak prostymi istotami jesteśmy, jak bardzo okłamujemy samych siebie, a na sam koniec scenarzyści z Hollywood okłamują nas, że będziemy w stanie się zmienić, a prawdziwa miłość wygra. Jasne. Prawda jest taka, że chodzi tylko o seks, pieniądze i poczucie akceptacji. A „Crazy, Stupid, Love” dostaje ode mnie 7/10 bo ładnie nas okłamuje, że jednak chodzi o coś więcej.

Film dodatkowo ma dwie rudowłose aktorki, w tym kilka fajnych nawiązań do nich ukrytych w filmie, plus Ryan Gosling faktycznie wyglądający jak z Photoshopa i przyznaję to ja, facet. Nie wiem skąd oni go wytrzasnęli, genetycznie musieli go jakoś zmodyfikować jak był dzieckiem… a może jednak Bóg istnieje, tylko nie dla wszystkich?

Warto obejrzeć.

Ocena: 7/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *