Cylinder van Troffa – Janusz Zajdel

Moje drugie spotkanie z tym zacnym, polskim autorem. Człowiekiem, od którego nazwiska wzięła się nazwa najważniejszej nagrody w świecie naszej rodzimej fantastyki. Wstyd mi trochę, że dopiero teraz zabrałem się za jego książki, ale wiadomo jak to jest. Ileś tam set innych kultowych autorów i ich fani też mogą mieć pretensje na zasadzie „ale jak to jeszcze tego nie widziałeś/nie czytałeś”. Skoro są ludzie, którzy nie widzieli Gwiezdnych Wojen, czy Titanica, to moje sumienie jest spokojne. W każdym razie moje pierwsze spotkanie z panem Januszem było bardzo owocne. „Limes Inferior” okazało się książką bardzo dobrą, poruszającą tematy socjoligiczne i  zawierającą kilka rozwiązań, do których technologicznie już nam wcale niedaleko. W końcu już ponoć teraz naładowaną pieniąchami, naszą łódzką migawką można płacić w wybranych sklepach. Nie zdziwi mnie jeśli niedługo karta do bankomatu będzie zarówno biletem miesięcznym jak i dowodem tożsamości, a może nawet karnetem na basen. I przyznać muszę, że z reguły na takie innowacje patrzę przychylnie. Chociaż w „Limes Inferior” ma to raczej destruktywny wpływ na społeczeństwo. Natomiast „Cylinder van Troffa” jeszcze bardziej drąży ten temat spoglądając dużo dalej w przyszłość i jak dla mnie jest świetnym dopowiedzeniem motywów z „Limes”. Chociaż chronologicznie, została napisana wcześniej. 

Mamy tutaj do czynienia z klasyczną sci-fi, sporo czerpiącą z klasyka Wellsa „Wechikułu czasu”. Mnie również nasuwają się dość oczywiste skojarzenia z „Wieczną Wojną” Joe Haldemana, ale nie wiem, czy Zajdel znał tę książkę chociaż w podobnym okresie została napisana. Mamy bowiem grupkę astronautów, którzy wracają na Ziemię po dwustu latach nieobecności. A przynajmniej taki mieli plan, lecz z powodu ogromnych zmian jakie w tym czasie nastąpiły trafiają do stacji na ksieżycu, gdzie są przetrzymywani. Szybko dowiadują się, że na Ziemi doszło do rozłamu i od kilku pokoleń mieszkańcy księżyca czekają, aż ludzkość z ich rodzimej planety wymrze, a oni będą mogli ponownie ją zasiedlić. Oczywistym jest, że nasi astronauci nie po to wracali, nie tego oczekiwali i nie uśmiecha im się pozostawanie w takim obcym i zamkniętym środowisku, gdzie śmierć jest rzeczą powszednią. Miejsce przecież jest ograniczone powierzchniowo i jakoś trzeba kontrolować wielkość populacji. Dodatkowo główny bohater ma swoje własne pobudki, dla których na Ziemię musi się dostać. I tak wygląda pierwsza część książki. Ucieczka głównego bohatera z bazy na księżycu. Aby mocno nie psuć zabawy z czytania, nie będę opisywać co się dzieje na Ziemi, ani czym jest tytułowy cylinder. Ale jest interesująco i niezbyt krzepiąco.

Książka jest interesująca, trochę moralizatorska, w końcu są tam poruszane tematy poważne, jak np. eugenika, o której ostatnio coś cichutko. I chociaż tematyka na pozór ciężka to oprawa słowna lekka, a książka sama w sobie bardzo krótka, więc czyta się ją przyjemnie. Czy to dobrze, czy źle to już kwestia gustu. Dla mnie mogłaby być trochę bardziej mroczna i brutalna, mniej filozoficzna. Narrator czasami odbiega myślami od rzeczy istotnych i rozmyśla nad różnymi konceptami. Dodatkowo autor stworzył także wstęp i posłowie sugerujące jakoby książka była prawdziwymi zapiskami głównego bohatera. Zabieg ten przeze mnie nie jest lubiany, chociaż u Lema się sprawdził. Chociaż tam była trochę inna konwencja. I minus za zakończenie. Już drugi raz, bo w „Limes” także zajdlowe zakończenie z moją wizją nijak się nie pokrywało. Szkoda trochę, ale w ogólnym rozrachunku procentowo jesteśmy na plus.
Kto z Zajdlem jeszcze nie miał okazji zapoznać się, to polecam i dziękuję Jakubowi za kilkukrotne przypominanie jaki z Zajdla jest dobry pisarz.

OCENA: 7/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *