Droga (2009)

Ekranizacja powieści Cormaca McCarthy’ego, jednego z najbardziej cenionych pisarzy w Ameryce. Powieść ma trochę ponad 150 stron, bardziej to broszurka niż pełnoprawna książka. Opowiada o drodze na południe, którą obrał ojciec z synem w postapokaliptycznych Stanach Zjednoczonych. „Droga” w 2007 roku dorobiła się nawet nagrody Pulitzera. Ekranizacja także została doceniona przez krytków. Ja natomiast książkę uważałem i nadal uważam za zdecydowanie przecenianą. Jest krótka, a mimo to nudna, narracja jest męcząca, główni bohaterowie nieciekawi, fabuły tam właściwie zero. Owszem, można ją bronić argumentem, że to książka opierająca się na motywie drogi, zatem wszystko jest w porządku. Zresztą sam tytuł sugeruje takie rozwiązanie. Jakoś trudno mi uwierzyć, że w temacie drogi nie da się znaleźć lepszego filmu, czy książki. A nawet w kategorii post-apo jest to moim zdaniem rzecz niesamowicie przeciętna. A z tego co wyczytałem kiedyśtam, sam autor zapiera się rękoma i nogami jakoby napisał „fantastykę”. On przecież nie lubi fantastyki i wcale nie o to chodzi w jego książce. Ale panie autorze, jak chcesz coś zaprezentować i potrzebujesz do tego akurat takiego tła, a nie innego, to musisz liczyć się z faktem, że będzie to później szufladkowane. A dużo „Drodze” nie brakuje, żeby można z niej zrobić trochę lepsze post-apo. A tak mamy melodramat dla „niefantastycznych” czytelników. Niby. A ekranizacja jest akurat bardzo wierna. Więc wszystko, czego nie lubiłem w książce, znalazło idealne odwzorowanie na ekranie. 

Pewnego dnia wybucha ogień. Świat zbliża się ku końcowi. Ludzie giną, lasy płoną itp. itd. Ogółem armageddon. Główny bohater zabarykadował się z ciężarną żoną we własnym domu. Lata mijają, synek urósł, ale sytuacja na świecie nie uległa polepszeniu. Żona nie radzi sobie z sytuacją i popełnia samobójstwo. Kochający ojciec nie chce się poddać. Zabiera więc chłopca w podróż na południe. Chociaż sam do końca nie wie, czego mają szukać.  A świat? Wiadomo, kanibale, mordercy, złodzieje. Właściwie autor mocno stara się przekonać nas, że ojciec z synem są ostatnim bastionem dobra na świecie. Mają broń, ale jest to rewolwer z dwoma kulami, w ramach ostateczności. Nóż, łom, młotek, kij? Po co. W post-apokaliptycznej Ameryce, gdzie strzelbę można znaleźć w pierwszym lepszym, opuszczonym markecie?  Albo kuszę, albo łuk? A co robił bohater kiedy apokalipsa działa się i zabarykadował się z żoną w domu? Nie pomyślał o broni w razie gdyby chciano ich napaść? Jest tak prawy, że nawet w tak skrajnej sytuacji nie podniesie ręki na drugiego człowieka, który chce mu wyrządzić krzywdę? Zarówno powieśc jak i film są pełne takich bezsensów. No ale przecież inteligentny czytelnik nie będzie sie tym przejmować, bo przecież inteligentny czytelnik dostrzeże prawdziwe drugie dno, a póżniej trzecie, a nawet dziesiąte. Ah, i właściwie geneza apokalipsy pozostaje wielką niewiadomą. Dla autora pewnie też.

Owszem, wizualnie, dźwiękowo, muzycznie jest bardzo przyzwoicie. Tła nie wyglądają na komputerowe manipulacje i jest dużo ciekawych ujęć. Dodatkowo na plus można zaliczyć wierność książce… chociaż można się spierać, czy to plus.  Aktorsko też jest przyzwoicie, chociaż większość znanych nazwisk nie ma tu za dużo do grania. Więc najwyższa ocena jaką mogę dać za te 3 plusy jest własnie 3. Dziękuję i odradzam.

OCENA: 3/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *