Essential Killing (2010)

essential_killing

Film okrzyknięty największym osiągnięciem polskiego kina ostatnich lat, gdyż na festiwalu w Wenecji zdobył aż trzy nagrody. Niestety nie samego Złotego Lwa, bo statuetkę sprzed nosa zwinęła Skolimowskiemu sama Sofia Coppola ze swoim „Somewhere”, ale tylko krok dzielił „Essential Killing” od tego jakże spektakularnego wyczynu. I przemilczmy fakt, że potrzeba było do tego zatrudnić znane nazwiska z zachodu, a produkcję przenieść do Norwegii, która Polskę imitowała. W końcu jest to film tak na wskroś polski, chociażby tematyką, że nawet premiera w naszym kraju odbyła się ponad miesiąc później. Przemilczmy to ponieważ najzwyczajniej w świecie jest to dobry film, gdzie nie liczy się otoczka, a stojąca za filmem historia i jej przesłanie. Bardzo sugestywne i wielopoziomowe, ponieważ ilu jest widzów, tyleż interpretacji i różnorodnych odczuć. Czego zresztą sam doświadczyłem po wyjściu z kina.  I myślę że nie tylko ja.

Bohaterem filmu jest bezimienny talib (chociaż nie do końca, bo jego imię pojawia się w napisach końcowych), który ze strachu przed pojmaniem zabija trzech amerykańskich żołnierzy. Co robił w wąwozie na środku pustyni? Nie wiemy, możemy tylko się domyślać. W każdym razie zabójstwo płazem mu nie uchodzi i pojmany zostaje. Trafia do amerykańskiego więzienia, gdzie z oczywistych przyczyn traktowany jest niezbyt przyjemnie. Jako że idzie w zaparte i nic nie mówi (a może jest głuchoniemy?) przenieść go chcą do innej placówki. W trakcie podróży zdarza się wypadek. Van, w którym się znajdował, wpada do rowu i bohaterowi udaje się uciec. Od tej pory będzie starał się uczynić wszystko by przeżyć w tajemniczym, pełnym śniegu kraju. I jeśli spodziewacie się, że w bohaterze zaczną budzić się zwierzęce instynkty, a na ekranie zapanuje krwawa sieczka pokroju Rambo, to jesteście w sporym błędzie.

Fan kina akcji stwierdzi momentalnie, że na ekranie nie dzieje się nic ciekawego. Kamera wodzi mozolnie za naszym muzułmaninem, który a to spróbuje wejść pod górkę, a to pogrzebie trochę w mrowisku żeby znaleźć coś do jedzenia,  a to ukradnie rybkę, a od czasu do czasu zaciuka przypadkowego drwala używając do tego piły spalinowej.  W tym miejscu, a także w paru innych Skolimowski zaszalał prezentując dość popularny chociażby u Tarantino motyw „unnecessary violence”, czyli przemoc w domyśle, nie pokazana na ekranie, ale wiemy że tam jest i jak bardzo brutalna jest, chociaż tak naprawdę bohater pewnie mógłby obejść się bez uciekania w jej stronę.  I taki jest ten film. Minimalistyczny w kwestiach akcji. Spokojny, monotonny, prawie niemy, na pierwszy rzut oka skupiający się na widoczkach i biegających pieskach. Gdzie zatem ten genialny nagrodzony dramat? Otóż w głowie głównego bohatera moi mili. Ale nie tylko, bo także w Twojej głowie.

Tak, tak. Vincent Gallo zasłużenie otrzymał nagrodę za najlepszą rolę. Świetnie, bardzo przekonywująco zaprezentował rozpacz głównego bohatera spowodowaną dylematami przed którymi musiał stanąć. A może właśnie wręcz przeciwnie, to nie sumienie rusza naszego bohatera, a rozpacz spowodowana jego bezradnością? Za co Allah pokarał naszego bohatera, że wysłał go do tego mroźnego piekła, gdzie dziwni ludzie mówią dziwnym językiem, a i zwierzęta jakieś takie inne. Czy to właśnie sugerują retrospekcje? Żal do boga? A może tylko i wyłącznie tęsknotę za domem i chęć powrotu do działania dalej w bożym planie? Pytań w filmie pada naprawdę sporo i tylko od nas, widzów zależy jak na nie odpowiemy. Czy od początku do końca będziemy wierzyć w winę taliba, a może zmienimy zdanie na jego temat? Zrobi nam się go żal i będziemy chcieli żeby mu się udało przetrwać?

I wszystko fajnie i pięknie, tylko smuci mnie fakt, że na dziesięć osób, z którymi byłem w kinie tylko dwie odebrały ten film w podobny sposób do mojego, a myślę że tak właśnie odbierać się go powinno.  Widać jest to taki typ kina, który dotrze tylko do tego, do kogo powinien. I to moim zdaniem również jest na plus.  Jeśli o muzykę zaś chodzi, to z jednej strony czuć w niej trochę ducha reliktu PRLu, z drugiej zaś świetnie wszystko obrazuje i sprawia, że widz otrzymuje podczas seansu dodatkowe bodźce. Film bez muzyki byłby realniejszy, sugestywniejszy, jednak ilość osób zasypiających podczas seansu wzrosłaby drastycznie.  A Emmanuelle Seigner na ekrania pojawia się na dosłownie dziesięć minut. I trochę szkoda, że jej roli nie zagrała jakaś młoda polska aktorka. Ale nie można mieć wszystkiego.

W każdym razie, ja Essential Killing zdecydowanie polecam. Warto zobaczyć i sprawdzić własną reakcję.

OCENA: 8/10

3 Comments

  1. Dariusz W.
    24 grudnia 2010

    Film jest filmem dobrym, ale będę się czepiał, bo taki jestem i tak mam.
    Nie podobało mi się, że nie wiemy jak ta historia się zaczyna, a jak się kończy możemy się jedynie domyślać, bo bohater kaszle krwią od rany, która pojawiła się znikąd, bo sceny pokazującej jak się zranił nie ma i w dodatku musiało się to stać w dość dziwny sposób, bo mimo że jego ubranie w tym miejscu jest całe to bohater ma w brzuchu całkiem sporą dziurę. Nie oznacza to jednak jego śmierci, bo w ciągu filmu kilkukrotnie pokazuje nam, że jest właściwie niezniszczalny, co udowadnia nam, że mimo iż film początkowo zdaje się być prawdziwą historią absolutnie nią nie jest. Trochę tak jakby ktoś stwierdził po przejrzeniu scenariusza, że od czasu do czasu widz musi zobaczyć coś intensywnego, bo zaśnie. Z kolei kolega, który siedział na seansie obok mnie stwierdził, że nie było scenariusza tylko kolejne sceny były wymyślane na bieżąco w trakcie filmowania i w jakimś stopniu się z tym zgadzam, bo brakuje spójności w tym co oglądamy. Tą teorię potwierdza również brak wyrazistego końca, który wydaje się nie być z góry zaplanowany, bo historia się urywa zupełnie jakby ktoś się zorientował, że ma już dużo materiału filmowego i trzeba by było już skończyć.
    Film dużo stracił w moich oczach ze względu na muzykę, która wydawała się być pożyczona z bardzo starych polskich ekranizacji szkolnych lektur.
    Gdyby miał ocenić to dałbym takie mocno naciągane 7/10, za ciekawy pomysł, który nie do końca udało się zrealizować.

    Odpowiedz
  2. Paweł G.
    24 grudnia 2010

    Niestety, koledzy, nie mogę się z wami zgodzić. Film dobry nie jest, mógłby być, ale jednak trochę mu brakuje. Moim zdaniem w Essential Killing dobry jest tylko sam pomysł na film. Cała reszta niestety tonie w niedoróbkach. O kilku drobnych raczej typowych dla hollywood nie będę wspominał. Zaskoczyła mnie jednak cała masa, jakże korzystnych dla naszego bohatera (raczej antybohatera) zbiegów okoliczności – a to samochód spadł ze zbocza, a to nikt nie zauważył brakującego jeńca, a to żołnierze (lub agenci CIA) słuchali muzyki wręcz niewyobrażalnie głośno, a to helikopter „nagle” musiał zmienić kurs i tym samym umożliwić zgubienie pościgu. Można by tak jeszcze dość długo wymieniać mniejsze lub większe niedociągnięcia – kolejna porcja w komentarzu Darka. Zresztą z wszystkimi zarzutami przez niego wysuniętymi jak najbardziej się zgadzam. Zwłaszcza z teorią, jakoby kolejne sceny były wymyślane na bierząco – cóż sam to powiedziałem wtedy w kinie. Niewiele jestem w stanie powiedzieć o dylematach przed, którymi rzekomo staje główny bohater – bo nic o nim nie wiem. W filmie nie widziałem niczego co, choć troche, przybliżyłoby mi jego charakter czy też pobudki jakie nim kierowały gdy po raz pierwsyz nacisnął spust. Teoretycznie parę razy pojawiają się krótkie retrospekcje z życia naszego „taliba”, ale gdyby ich nie było myślę, że wiedziałbym o tej postaci niewiele mniej. Generalnie po seansie odniosłem wrażenie, że film zdobył rozgłos, ze względu na pokazywanie „tych złych amerykanów i ich tortur” oraz samo poruszenie kontrowersyjnego tematu „tajnych więzień CIA” w Europie Wschodniej (choć owych więzień film nie pokazuje). Essential Killing moim zdaniem miał spory potencjał, niestety został on zmarnowany przez liczne niedoróbki i nielogiczności scenariusza. Dla mnie 5/10, za pomysł.

    Odpowiedz
  3. Iscariote
    25 grudnia 2010

    Faktem jest, że sama fabuła ma niedociągnięcia, które warto było dopracować. Wydaje mi się jednak, że rozumiem zamysł autora i nie dziwię mu się, że nie skupiał się na pierdołach, skoro ważniejsze było dla niego przesłanie, metaforyka i psychologia bohatera. Gdyby zależało mu na dotarciu do większej ilości odbiorców to pewnie poświęciłby dwadzieścia minut scen z bieganiem po lesie na pokazanie efektowniejszej, czy bardziej sensownej ucieczki naszego taliba. Jednak wywrócenie się samochodu spełnia zadanie, popycha historię szybko do głównego wątku bez bawienia się w prison breaka. Ten film opiera się na domysłach, które musimy poczynić żeby zrozumieć. I Skolimowski w wywiadach zaznaczał, że o to właśnie mu chodziło. Żeby widz sam stwierdzał, czy jest za, czy przeciw, czy go to w ogóle nie rusza. Żeby sam sobie wszystko dopowiedział i zinterpretował. I z jednej strony może to być właśnie oznaka genialności tego dzieła, a może właśnie jak wy sugerujecie autor robi nas w konia, wymyślając to wszystko na poczekaniu. W obu wypadkach moim zdaniem należy mu się uznanie, a w przypadku numer dwa nawet bardziej. I można powiedzieć, że „aaa, takie coś to ja też nakręce i też powiem, że to wszystko to metafora i tak naprawdę nic szczególnego nie pokażę”. Można tak powiedzieć, ale szkopuł w tym, żeby to potem naprawdę nakręcić ^^
    Te dwa punkty w ocenie, które odjąłem to 1 za muzykę właśnie, a drugi za te niedociągnięcia typu rana znikąd.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *