Igrzyska Śmierci (2012)

O książce już pisałem, że nie zachwyciła. Prosta, niedopracowana wizja. Trochę w klimatach postapo, trochę w dystopijnych z przeciętną dozą akcji i obowiązkowym, sztampowym wątkiem romansu młodzieżowego. A film? Nie wiem, czy konsultowali się z autorką przy produkcji, czy filmowa wizja to tylko wymysł scenarzysty i reżysera. W każdym razie autorka w książce nie rozwodziła się aż nazbyt nad tym co jak wygląda, ani nad funkcjonowaniem wykreowanego przez siebie świata. I zamiast nad tym popracować, to mam wrażenie, że twórcy jakby uparli się by z tej już dość przeciętnej książki wziąć, to co było najgorsze i na tym oprzeć ekranizację. A przecież była to podstawa na naprawdę dobry film. Wystaczyło upchnąć trochę nawiązań do klasycznych wizji science-fiction, zamiast silić się na powiedzmy udziwnioną „świeżość”. Ale co ja tam wiem, skoro i tak oceny w Internecie są powyżej 7. A na Rotten Tomatoes nawet 84%. Co się dzieje z tym światem, nie rozumiem. 

Fabularnie film nie odbiega mocno od książki. Owszem, wycięto kilka nieznaczących wątków (chociażby geneza przypinki, znaczenie ptaków i ich śpiewu, a także geneza psów i ciut zmienione zakończenie) i dodano wgląd w świat od drugiej strony, nieznany czytelnikowi. Zapewne jest to zabieg, mający przygotować tło dla kolejnych częśći filmu. Bo jak wiemy w książce spotykamy się z narracją pierwszoosobową, lecz w filmie by to nie przeszło. Poznajemy zatem tajniki działalnośći medialnej tytułowych Igrzysk. Jednak jest to tak grubymi nićmi szyte, że dopiero po pokazaniu tego na ekranie widać jak bardzo dziurawy jest to pomysł i nieprzemyślany. Dodatkowo ktoś uparł się, żeby odrealnić sam Kapitol i wyższe sfery. Może miało być groteskowo, w krzywym zwierciadle. Może miało być zabawnie. Wyszło trochę bajkowo i do bólu absurdalnie w kontekście całej historii.

Film ma sporo dłużyzn, które zaczynają się już na wstępie. Główna bohaterka biega po lesie, ogląda korony drzew, rozmawia z przyjacielem i co ciekawe, motyw oglądania lasu przewija się przez film jeszcze wiele razy. Nawet, w zdawałoby się kluczowych momentach. Cierpi na tym akcja, cierpiałem i ja jako widz. A gra młodych aktorów wcale nie pomagała. Jennifer Lawrence w roli głównej wypada jedynie dobrze. Właściwie z całej plejady gwiazd najlepiej sprawili się Stanley Tucci oraz Woody Harrelson, wyciskając ze swoich płytkich i prostackich w książce postaci chociaż krztynę sympatii od widza. Lenny Kravitz? Owszem, ale bardziej jako ciekawostka. Jego Cinna został okrojony i nie poczułem od Kravitza ciepła jaki płynął z książkowego pierwowzoru postaci. A same Igrzyska? Brutalna i bezsensowna walka młodzieży pozostawiona zostaje jedynie w domyśle widza. Hollywood nie odważyło się pokazać mordowanych dzieci, mamy więc efekciarskie zwolnienia, kadrowanie na powykrzywiane, wrzeszczące „gęby” i melancholijną muzykę zamiast oczekiwanych scen akcji. A nawet zamiast jakichkolwiek scen akcji! Oddać jednak trzeba, że widać wkład pracy w scenografie i kostiumy. Pomijając „róg obfitości” o nieokreślonym kształcie.

Jako ekranizacja, niezwykle przeciętnie. Jako poważna produkcja z gatunku akcja, sci-fi, niezwykle miernie. Nie rozumiem tego zjawiska. Ah. I pamiętajcie moi drodzy, książka przed filmem!

OCENA: trochę zawyżone 5/10

1 Comment

  1. Nyx
    19 kwietnia 2012

    Ej no, z tym światem dzieje się to, że każdy ma inny gust 😉 Ja jakoś nie przebieram nogami na spotkanie Igrzyskom, w obojętnie jakiej wersji 😉 To samo miałam z Avatarem (nie pytaj, skąd wzięłam to porównanie… może dlatego, że wszyscy moi znajomi chwalą Igrzyska i byli na nich w kinie?) i do tej pory go nie obejrzałam.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *