In the Flesh – sezon 1 (2013)

Spoilery w tekście odnośnie 1 sezonu serialu.

Co by było gdyby dało się przywrócić mózg zombie z „Walking Dead” do stanu używalnego? Powstałoby pewnie „In the Flesh”, czyli brytyjski mini serial, w którym dzięki niezwykłemu specyfikowi zombie odzyskują pamięć i przestają być groźne. Ostatnio zrobiło się o nim całkiem głośno. BBC3 postanowiło nie przedłużać serialu na trzeci sezon komentując swoją decyzję stwierdzeniem, że należy dać szansę wykazania się również innym młodym talentom, które czekają w kolejce. Mocno oburzyło to fanów, bo jest to po prostu ładnie powiedziane „szukamy większego hitu”. Co z jednej strony może dziwić, ponieważ „In the Flesh” wygrało nagrodę BAFTA w 2014 za najlepszy mini serial telewizyjny, z drugiej strony stacje telewizyjne rządzą się swoimi prawami, pochopnie swoich decyzji nie podejmują i raczej wiedzą, co robią (chyba że mowa o FOX). Ale fanbase, jak to fanbase, robi zamieszenie. Podpisują petycje i namawiają Amazon UK oraz Netflix, żeby wykupili serial na 3 sezon. Co według mnie nigdy się nie zdarzy, tak jak nie doczekamy się Dredda 2, mimo że dzięki sprzedaży na VOD, BD i DVD stał się kasowym hitem. W każdym razie postanowiłem sprawdzić, o co to całe zamieszanie.

Pomysł na serial jest genialny w swej prostocie. Nasi zmarli bliscy wracają do życia. Dzięki niezwykłemu specyfikowi, który odtwarza połączenia nerwowe w mózgu „częściowo umarłego”, mogą w miarę normalnie funkcjonować w środowisku. Tylko czy środowisko przyjmie z otwartymi ramionami tysiące osób, które nie jedzą, nie piją, mają troszkę inny kolor skóry, inne oczy, a tak w ogóle to przez ostatnie trzy lata zabijały i jadły ludzkie mięso, bo tak nakazywały im zombie instynkty? Konflikt wisi w powietrzu i osobiście nie chciałbym być w skórze takiego umarlaka. Jednak największego pecha ze wszystkich zombie ma główny bohater, Kieren Walker (nazwisko dobrane zapewne celowo). Tak jakby twórcy wzięli sobie za cel ukazać na ekranie najbardziej tragiczny, umęczony przypadek w dziejach undead. Problemy Kierena piętrzą się do stopnia, w którym ciężko mi było brać ten serial „dramatyczny” na serio. Uwaga moi drodzy. Kieren mieszka w Roarton – miasteczku, w którym powstała pierwsza „straż obywatelska” walcząca z zombie. Jest to, więc najbardziej konserwatywne miasteczko w całej Wielkiej Brytanii, co jest dobrze w serialu zaprezentowane. Siostra Kierena jest lokalną bohaterką, która odprawiła wielu z powrotem na tamten świat. Kieren zmarł popełniając samobójstwo, nie jest więc specjalnie szczęśliwy ze swojego powrotu do świata żywych. Kieren był gejem. Teraz jest zombie gejem. Ojciec jego chłopaka to założyciel „straży obywatelskiej”. Chłopak Kierena, przez którego popełnił samobójstwo również powraca, jako zombie. A do tego masa mniejszych wątków i problemików, które oscylują dokoła wymienionych powyżej.

Pierwszy sezon to tylko trzy odcinki, ale mimo to w pewnym momencie czuć już przesyt. I z tego też wynika moja największa pretensja do „In the Flesh”. W połowie nacisk z tematyki zombie zostaje przeniesiony na homoseksualizm Kierena i jego problemy miłosne. I nie pomaga tu fakt, że aktor grający Kierena, Luke Newberry, wygląda jak brytyjski odpowiednik Maćka Musiała z Rodzinki.pl, a do tego miota się strasznie i brak mu zdecydowania. Co fabularnie może i jest uzasadnione, ale nie oznacza to, że dobrze się to ogląda na ekranie. Nie pomaga też fakt, że otoczenie głównego bohatera jest o wiele ciekawsze niż on sam. Dlatego „In the Flesh” odebrałbym zdecydowanie lepiej w wersji epizodycznej, gdzie głównym bohaterem jest bohater zbiorowy w postaci mieszkańców miasteczka starających się uporać z nową sytuacją. Szkoda, że twórcy postanowili zarysować świat, zaprezentować główny konflikt, a później zostawili go całkowicie skupiając się na rozterkach Kierena.

Cierpienia młodego Wertera, tyle że Werter jest zombie, a Lotta okazuje się być mężczyzną. Drugi sezon (6 odcinków) odpuszczam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *