Jestem numerem cztery (2011)

4

Z dedykacją dla Kubusia, który już zaczynał tęsknić za moimi wypocinami w Internecie.

Oto historia spotkania z jednym z najgłupszych filmów jakie można zobaczyć teraz w kinach. Planowałem bowiem iść na „Piekielną Zemstę w 3D”, bo nie dość że Cage, co już samo w sobie jest rekomendacją i potwierdzeniem, że będzie ubaw, to jeszcze film ma chyba najbardziej awesome tytuł jaki się dało wymyślić. Niestety z przyczyn trochę ode mnie niezależnych spóźniłem się na odpowiedni seans, więc wybrałem coś innego. Padło na „Jestem numerem cztery” bo opis fabuły nie był jakiś mega tragiczny, a i z plakatu zerkała na mnie „laska ze Zmierzchu”.  Jak się potem okazało, to nie była ona… ale o tym za moment.

Fabuła opowiada o Johnie Smithie, który jest czwartym z dziewięciu kosmitów, którzy przylecieli na Ziemię po zagładzie ich ojczystej planety. Trzech poprzednich nie żyje, więc teraz pora żeby zapolowano na Johna. John jednak nie godzi się z losem, bo prócz tego, że ma dziwne blizny na nodze to nie różni się od zwykłego nastolatka. Nawet nie pamięta własnej planety, więc czemu miałby za nią ginąć. Ale jak się potem okazuje John jednak ma moce (w tym moc latarki) i jednak musi ratować świat. Toteż nasz bohater wraz ze swoimi weltschmerzem i innymi problemami staje do nierównej walki. Bardzo nierównej, bo najeźdźcy mają mega wielkie spluwy strzelające ognistymi pociskami, a John ma świecące ręce i nóż, i niestety żaden z niego Rambo.  Ot, ekranizacja książki dla młodego czytelnika.

I niech się nie oburzają Ci, co twierdzą, że tak nie jest. Książkę miałem w ręku. Format broszurowy, cienkie, duża czcionka, kolorowa okładka. Przeczytałem cztery strony. Napisane to topornie strasznie. W pierwszej osobie co gorsza. Target jak dla mnie dość oczywisty. Prostota fabuły aż boli. Przez pierwsze czterdzieści minut John robi podchody do dziewczyny z klasy, która jest jego wielką miłością mimo, że dwa razy w życiu się z nią spotkał. Potem szybkie ratowanie świata i napisy końcowe. Na szczęście sytuację ratuje „laska ze Zmierzchu”, która jest najbardziej epickim badassem jakie kino widziało i (przepraszam za określenie ale to jest najbardziej obrazowe) rozkurwia kosmitów i odchodzi w slow motion na tle wybuchów. Po seansie nawet uznałem, że odwołuję wszystko co złego powiedziałem o jej roli w Zmierzchu i o tym, że nie umie grać. A potem wszedłem na filmweb i okazało się, że to nie ona, a po prostu jej lepiej grający, blond klon z Australii.

W każdym razie „Jestem numerem cztery” oferuje nam do bólu głupią rozrywkę, pełną efektów specjalnych i beznadziejnych licealnych miłostek i problemów, z głównym bohaterem ze stylem na surfera, czyli wszystko to co teraz w kinie sprzedaje się najlepiej. I w sumie uśmiałem się na tym filmie przednio, jednak był to taki śmiech przez łzy.  Ocenę trochę zawyżam z racji „laski ze Zmierzchu”, która nie była nią, Najmilszy aspekt filmu. A, no i ścieżka dźwiękowa składająca się z popularnych ostatnio rockowych utworów, też na plus.

OCENA: 5/10

ocena na imdb: 6,5/10

6 Comments

  1. SStefania
    6 marca 2011

    Hyhy, przedwczoraj Hideo Kojima tłitował, że poszedł na to do kina i zasnął 🙂

    Odpowiedz
  2. Kuru
    7 marca 2011

    Podoba mi się moc ‚latarki’ musi być bardzo przydatna w walce ; )
    Nie oglądałam (książki nie czytałam) i pewnie nie obejrzę po przeczytaniu tej recenzji chyba, że dla „laski ze Zmierzchu” 😉

    P.S.: Czekam na recenzje jakiejś książki ;p

    Odpowiedz
  3. Iscariote
    7 marca 2011

    I ja się Kojimie nie dziwię 😛

    A moc latarki bardzo przydatna. Szczególnie jak bohater wykorzystuje ją skradając się tak, żeby nikt go nie zauważył i oświetla sobie drogę.

    Odpowiedz
  4. Kuru
    8 marca 2011

    tak sobie myślę, że w nocy jak by walczył, to mógłby wykorzystać element zaskoczenia i im latarką po oczach, może by chociaż ‚oślepli’ na chwilę ;D

    Odpowiedz
  5. Marcin "Dr.Agon" Górski
    25 kwietnia 2011

    Pierwotnie film miał wyreżyserować Michael Bay, to dopiero byłoby widowisko!
    Film baaardzo płytki i średnio ciekawy, choć momentami efektowny. Wielki plus za laskę z „Glee” czyli szkolną miłość głównego bohatera.
    BTW, czy mamy czekać na kontynuację?

    Odpowiedz
  6. bloody_maryshka
    11 maja 2011

    Ależ każdy wie po” Toy story”, że można kogoś zamrygać na smierć!

    Odpowiedz

Odpowiedz na „KuruAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *