John Malkovich w Łodzi

The Infernal ComedyJohn Malkovich, aktor tak znany, że nawet filmy o nim kręcą*, zaszczycił nasz kraj swoją obecnością w ramach europejskiego tournee przedstawienia „The Infernal Comedy”, którego jest gwiazdą. Kulis organizacji tegoż spektaklu w naszym kraju nie znam, ale opiszę jak to wygląda z mojej perspektywy. Światowa gwiazda przyjeżdża do Polski. Teatr, domena elity, pozostaje dla elity i warszawski spektakl zostaje zamknięty dla widzów, tylko osoby z zaproszeniami będą mogły go ujrzeć. Ale przecież takiej okazji nie można przegapić, trzeba ją wykorzystać do granic. Od razu w Łodzi organizowany jest festiwal ku czci Malkovicha (na który Malkovich się spóźnia, w Pradze skradziono mu dokumenty), a także dnia następnego wielka gala wieńcząca tegoroczny, łódzki sezon teatralny. Na koniec gali „The Infernal Comedy”  ma być zaprezentowane widzom z zewnątrz. Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi organizuje jedyne otwarte dla widzów przedstawienie. Bilety kosztujące po 200 zł rozchodzą się w przeciągu kilku godzin od ogłoszenia tej informacji. Cudem, dzięki koleżance Justynie, zdobywam bilet i dnia 4 czerwca udaję się do teatru.

Co się okazuje na miejscu? Biletów dla widzów z zewnątrz była tylko garstka, reszta to osoby zaproszone na galę, których nawet nie znam. Ot ukryte przed obiektywami elity, ciotki elit, wnukowie elit i inne podejrzane persony. Do tegoż władze miasta, prasa, aktorzy teatru, władze teatru, władze innych teatrów itp. itd. Miejsca dla zwykłych widzów, takich jak ja było naprawdę niewiele. Nie wiem czy pieniądze z biletów starczyły na pokrycie kosztów cateringu, bo był. Między galą, a przedstawieniem był bankiet. A zatem kto sobie zafundował Malkovicha? Teatr? A kto sponsoruje teatr? Miasto, a miasto sponsorujemy my. Więc jeśli nie widziałeś tego przedstawienia, to wiedz, że i tak za nie zapłaciłeś.

Sama gala wielce interesująca nie była. Ot, półtorej godziny głaskania się po pupciach i rozdawania nagród zwanymi Złotymi Maskami, przyznawanych przez recenzentów Dziennika Łódzkiego i Expressu Ilustrowanego. Nie wiedziałem nawet, że te dzienniki mają dział recenzji teatralnych! Jak się okazuje mają, a pracujący tam recenzenci bynajmniej młodzi nie są. Jedna z recenzentek była zdecydowanie w wieku mojej babci, a ubrana jak dwudziestka. I wiem, że pozory mylą, ale wrażenia nie zrobiła na mnie najlepszego jak na osobę, która profesjonalnie ocenia sztukę przez duże S, jaką jest teatr. Bankiet trwał trochę ponad pół godziny. Był to czas na przygotowanie się orkiestry i samego Malkovicha, który nie przejmował się galami i kursował sobie między hotelem, a teatrem, mając gdzieś próby generalne. Obserwując ludzi na gali doszedłem do wniosku, że albo większość z nich nie ma pojęcia co znaczy „ubrać się stosowanie do sytuacji”, albo są tak szanowanymi osobistościami, że strój nie ma znaczenia dla sposobu ich postrzegania. Najbardziej z tłumu wyróżniali się: punk, z dziewczyną w stylu prawie gotyckim, człowiek w krótkich spodenkach i obcisłej białej koszulce, jakby na rowerze przyjechał, nastolatek w garniturze i nie cholery nie pasujących do nich szarych, pluszowych adidasków marki Nike, a także cała zgraja fotoreporterów ubranych jakby właśnie z domu sprzed telewizora odeszli. Więc ja nie rozumiem czepiania się pana Tuska, że uczepił się guziczków pewnej dziennikarki. Przecież miał rację. Ubierać należy się stosownie do sytuacji.

Kolejne zaskoczenie tuż przed rozpoczęciem przedstawienia. Elity łódzkie w 98% nie mówią po angielsku. Malkovich po polsku nie mówi, co akurat jest zrozumiałe, więc przedstawienie odbywało się w oryginale, jak napisane zostało. Moje ciche nadzieje, że na takie przedstawienie przyjdą ludzie chcący zobaczyć aktora i posłuchać go w oryginale, a zatem biegle mówiący po angielsku, prysły momentalnie. Rozdano słuchawki, przez które można było słuchać tłumaczenia. Absurd. Przyszedłem do teatru, a nie do kina na film z lektorem!

Samo „The Infernal Comedy”, to w większości monolog Malkovicha do publiczności przerywany co jakiś czas wstawkami symfonicznymi  i iście operowym śpiewem dwóch solistek. Więc na scenie prócz Malkovicha cały czas była 35 osobowa orkiestra z Wiednia i dwie urocze śpiewaczki. Specyfika przedstawienia, pozwalała Johnowi na sporo improwizacji. Malkovich grał bowiem seryjnego mordercę, który prezentuje swoją autobiografię na spotkaniu autorskim, którego uczestnikami byliśmy my widzowie. W trakcie przedstawienia orkiestra i solistki prezentują to co dzieje się w głowie głównego bohatera, jesteśmy świadkami retrospekcji ukazujących kobiety, które miały duży wpływ na to, gdzie aktualnie znajduje się bohater. Przedstawienie momentami było chamskie i prostackie, bo w końcu taki jest też bohater, człowiek z więzienia, domniemany seryjny morderca. Widać przedstawienie się naszym elitom nie spodobało, bo Malkovich nie zasłużył na owacje na stojąco. Coś innego zostało wzgardzone przez widownie. I przykro mi z tego powodu, zwłaszcza po tym co działo się w trakcie przedstawienia.

Przed przedstawieniem była próba słuchawek z tłumaczeniem. Sympatyczna pani poprosiła aby nie rozkręcać głośności na maksimum, bo słuchawki są naprawdę głośne i będzie to przeszkadzać. Zgadnijcie co stało się w trakcie przedstawienia? Tak, ktoś odpalił słuchawki na maksimum, że cały teatr miał przedstawienie z lektorem. I nawet sprytnie wpleciona w treść sztuki sugestia Malkovicha, żeby ktoś w końcu wyłączył to wycie bo wydaje mu się jakby ciągle do niego przemawiał „fuckin Jaruzelsky” nie pomogła. W ten oto sposób chcąc nie chcąc i tak dostałem wersję z lektorem.

No ale samo przedstawienie nawet mi się podobało. Mocne 7/10. Ach, pani prezydent Zdanowska na żywo nie prezentuje się tak dobrze jak na plakatach wyborczych.

 

*oczywiście chodzi o film „Być jak John Malkovich”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *