Mroczny zakątek – Gillian Flynn

Słyszę hasło „Gillian Flynn” i mój mózg od razu wędruje w stronę tytułu „Zaginiona Dziewczyna”. Jeden z tych dziwnych przypadków, kiedy to nie książka zrobiła lepsze wrażenie, a film na jej podstawie. David Fincher w 2014 roku zaprezentował nam adaptację powieści z Benem Affleckiem i Rosamund Pike w rolach głównych. Film który ja wrzucam do wąskiej kategorii filmów „dowodzących”. Dowodzi, że Fincher poniżej poziomu „bardzo dobry” zejść nie potrafi. Dowodzi, że Affleck chłopca z Armageddonu ma już dawno za sobą (chociaż uśmiech wciąż ten sam), a Rosamund Pike to więcej niż śliczna buzia i była dziewczyna Bonda. Zakres takiego „dowodzenia” można by rozszerzyć o jeszcze jedną tezę / stwierdzenie – Gillian Flynn potrafi stworzyć wciągającą intrygę. Kto zna zarówno film jak i książkę, ten wie że są bardzo ze sobą powiązane i Fincher starał się być wierny oryginałowi. Musiał, jeśli chciał zaprezentować na ekranie chwyt, z którego skorzystała Gillian Flynn, czyli narracji dwutorowej. Musiał, jeśli chciał zachować element zaskoczenia. Czytelnik/widz jest świadomy, że jeden z narratorów kłamie. I na tym polega właśnie cała intryga. Na odkryciu kto kłamie i dlaczego. Po wielkim sukcesie filmu (i książki, bo jedno pociągnęło drugie, nad kolejnością można sobie pogdybać) przyszła pora na odkrywanie innej twórczości autorki. I tak dochodzimy do „Mrocznych Zakątków”, a raczej jednego „zakątka” bo polski dystrybutor/wydawca postanowił ograniczyć nam ich ilość w tytule do jednego.  Powód – nieznany.

Mniejsze studio postanowiło pójść za przykładem i zekranizować powieść popularnej autorki. Na reżysera wybrano Gillesa Paquet-Brennera. Nie, nie szukajcie. Żadnych sukcesów na koncie tego pana nie odnotowano i niestety ekranizacja „Dark Places” tego stanu nie zmieniła. Nawet głośne nazwiska Theron i Hendricks nie pomogły, a nawet zaszkodziły, bo obie panie zagrały na pół gwizdka. A nie ma chyba dla filmu większego gwoździa do trumny, niż aktor po którym widać na ekranie, że mu się nie chce. Przejdźmy jednak do samej historii, która znowu toczy się dwutorowo. W latach 80tych przez Amerykę przeszła fala strachu przed satanistami. Narodowa histeria potęgowana przez media. Każde miasto miało swój satanistyczny kult, bo taki był trend. Nawet jeśli fizycznie żadna grupa nie grasowała i nie zabijała krów, to i tak media sugerowały co innego, bo oglądalność nie może maleć. W takich właśnie czasach dorastała Libby Day. Dodajmy do jej nazwiska przymiotnik „sławna”. Rodzinę dziewczyny bowiem wymordowano, a ona jedyna ocalała z masakry. Media oczywiście sprawę nagłośniły, co pozwoliło jej do trzydziestki żyć spokojnie ze sprzedaży książek motywacyjnych, autobiografii i datków od emerytów i rencistek. Z drugiej strony mamy jej brata. Rzekomego satanistę i osobę, która na podstawie poszlak została skaza za mord. I chociaż dowodów rzeczowych brakowało, a sam brat Libby do niczego się nie przyznał, to niestety też za bardzo nie opierał się systemowi, co wszystkich jeszcze bardziej umocniło w przekonaniu, że mają właściwą osobę. I to jest pytanie, które na początku historii zostaje postawione przed Libby i czytelnikiem/widzem. Zaczynamy śledzić wędrówkę dziewczyny, która z początku niespecjalnie angażuje się w śledztwo, bo raczej od niewygodnej prawdy się ucieka, a nie do niej dąży. Z drugiej strony mamy podróż w przeszłość i dzień z życia rodziny Dayów. Wiemy oczywiście jaki to dzień i jak się skończy. I to jest niestety największy problem.

Winowajców mamy dwóch. Pierwszym jest sama autorka. „Mroczny Zakątek” to drugi tytuł w jej dorobku. Nie tak licznie nagradzany jak debiut i nie tak głośny jak tytuł trzeci, czyli „Zaginiona Dziewczyna”.  Czytając miałem wrażenie, że bez zabiegu dwutorowej narracji i retrospekcji książka mogłaby zaskoczyć mnie zdecydowanie bardziej. Główna bohaterka mogłaby być lepiej napisaną postacią, z którą czytelnik mógłby sympatyzować, chociaż rozumiem że tytułowy mrok musiał wylewać się z bohaterki z takimi przeżyciami na koncie. Jako drugiego winowajcę można wskazać Finchera i marketingową machinę. W trakcie lektury kilkukrotnie złapałem się na myślach „w Gone Girl zrobili to lepiej”, „w Gone Girl więcej się działo”, „w Gone Girl bohaterka jest ciekawsza” itp. Tak to niestety już jest kiedy autor tworzy tytuł, który stawia w cieniu wszystkie inne jego publikacje i na swój sposób definiuje twórcę jako pisarza, wrzucając go do własnej szufladki. Nie ma jednak co się zrażać, bo „Mrocznemu zakątkowi” daleko do złej literatury. Chociaż temat nie zaskakuje, a główna bohaterka, z którą spędzimy najwięcej czasu robi właściwie wszystko co może żeby odepchnąć czytelnika od siebie, to nie da się zaprzeczyć, że Gillian Flynn wie jak manipulować słowem. Sama zaś historia brzmi na tyle prawdopodobnie, że nie zdziwiłbym się jeśli usłyszałbym, że coś takiego wydarzyło się naprawdę.

Jeśli kkomuś w tym momencie przez głowę przebiegła myśl, że  warto sprawdzić film, to stanowczo odradzam taki zabieg. Zmarnujecie sobie dwie godziny z życia. Lepiej zrobicie biorąc do ręki książkę. Oszczędzicie sobie widoku znudzonej Charlize Theron, a zapewnicie przynajmniej kilka godzin z autorką, która umie ubrać brudną, mroczną historię w ładne zdania. To też jest sztuka.

Za książkę do recenzji dziękuję Wydawnictwu ZNAK.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *