Neon Genesis Evangelion (1995)

as-neon-genesis-evangelion

Są rzeczy, które ponoć powinno się znać. Dla jednych będzie to niszowy, węgierski film, dla innych jakaś książka o psychologii, dla audiofila album zespołu, o którym słyszały tylko 4 osoby na świecie. Dla fanów anime takim czymś z pewnością jest Neon Genesis Evangelion. I chyba nie ma osoby, która nie usłyszałaby kiedyś tego tytułu przypadkiem, czy nie, chociażby idąc ulicą. W ramach zaległości zabrałem się za to w zeszłym miesiącu. Do dyspozycji miałem wersję zremasterowaną w reżyserską końcówką i dwa filmy kinowe, które też znać się powinno by mieć pełen obraz tego o co tam chodzi. A chodzi o rzeczy naprawdę dziwne i na pierwszy rzut oka ciężkie do załapania. Na szczęście z pomocą przychodzi Wikipedia, która w dość przystępny sposób wszystko tłumaczy. I nie będę ukrywać, bez jej pomocy z pewnością pod koniec bym się ładnie zagubił, bo chronologia wydarzeń staję się szalona, a do tego dochodzi alternatywny koniec. Jest dziwnie. Ale że ja lubię rzeczy dziwne, to i NGE polubiłem.

Na Antarktydzie odnaleziony zostaje Adam. Ten biblijny, tylko że nie wygląda tak jak go sobie biblijni ilustratorzy wyobrażają. Ludzie biorą go w swoje ręce i zaczynają się bawić w genetyczne modyfikacje. Problem w tym, że cała sprawa Bogu nie za bardzo się spodobała, bo zsyła na ziemię Anioły (albo Apostołów, zależy od tłumaczenia i interpretacji, ale raczej chodzi o anioły). Ludzkość musi się bronić więc tworzy biomechaniczne roboty – Evangeliony. Pilotem jednego z nich jest Ikari Shinji, który przyjeżdża do Tokyo na prośbę ojca, pomysłodawcy i twórcy robotów. Z niewyjaśnionych z początku przyczyn Evangeliony mogą być sterowane tylko przez konkretne osoby, więc Shinji  chce, czy nie chce, ratować świat musi. Fabuła więc z początku wydaje się być niespecjalnie oryginalna. Ot kolejne mecha anime o dużych robotach i ratowaniu świata. Nic bardziej mylnego.

Po pierwsze, NGE nie jest anime o mechach, chociażby dlatego, że Evangeliony nie są stricte mechami. Zresztą sami twórcy nie ukrywają, że to nie o to chodzi, bo walki są potraktowane dość po macoszemu i nie jest to wątek przewodni. Anime skupia się na stronie religijnej i filozoficznej, trochę też psychologicznej. Chociaż przydałby się tutaj przedrostek pseudo przed każdym z określeń.  Ogólnie rzecz biorąc wygląda to tak jakbyśmy do jednego kotła wrzucili wszystkie kontrowersyjne chrześcijańskie teorie, dodali do tego pytania zadawane przez egzystencjalistów i wymieszali. Potem w to wrzucili głównych bohaterów anime i pokazali widzowi ich reakcje. A te z kolei są skrajne, ponieważ opierają się na różnych, znów egzystencjonalnych teoriach i poglądach i tak dalej. I teraz można mieć dwa podejścia. Podejście pierwsze, stosowane pewnie przez większość ludzi młodych, którzy przygodę z anime zaczynają. Czyli dajemy sobie spokój z tym bełkotem i oglądamy jak Shinji szlachtuje kolejne Anioły i ma iście werterowskie problemy z samym sobą i w każdym odcinku walczy z ogarniającym go weltschmertzem pomieszanym z niewyżyciem wynikającym z okresu dojrzewania, w który właśnie wszedł.  Albo dowiadujemy się o co tak naprawdę chodziło twórcom i staramy się odebrać anime wedle pierwotnych założeń. W obu przypadkach lekko nie jest. Na szczęście mamy strony wizualną i dźwiękową, które dają nam odskocznie od męczącej momentami fabuły i pozwalają odetchnąć i nacieszyć oczy.

Część koncepcyjna powala. Projekty Evangelionów, Aniołów, kontrukcja chowanego pod ziemię Tokyo, a nawet nazewnictwo – ktoś miał naprawdę sporo dobrych pomysłów. A te pomysły zostały doskonale przeniesione na ekran. Całokształt dopełnia muzyka klasyczne np. Bach w kluczowych momentach fabuły. Zniewalające, gratka dla fanów science-fiction. Sprawia to, że NGE ogląda się zdecydowanie lepiej niż mogłoby się wydawać, do tego winduje target anime o parę lat w górę. I pewnie to właśnie zapracowało na sukces tego anime w Japonii, a potem na świecie. Więc jeśli nie oglądaliście, to warto zerknąć póki nie odejdzie w zapomnienie. A jeśli nie chce się wam oglądać całości, to ciągle pracują nad NGE 2.0 w formach 4 filmów pełnometrażowych. Wyszły już dwa. Ponoć skracają wiele i wywalają to co niepotrzebne się wydaje. Może będzie lepsze? Ocena taka, a nie inna bo całość za bardzo „pseudo” i na siłę, do tego ten weltschmertz. Ale i tak na plus i myślę, że na tyle obecnie zasługuje.

OCENA: 7,5/10

anidb: 8.18/10 przy ok 10000 głosów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *