O Wiedźminie słów kilka, czyli najpopularniejsze polskie fantasy oczami Tomasza

wiedzmin Moja pierwsza styczność z postacią Geralta miała miejsce  w roku 2002, przy okazji premiery serialu w TVP2. Jak powszechnie wiadomo, fani książek ową produkcję mocno skrytykowali  twierdząc, że gorzej być nie mogło.  Ja wtedy lat miałem 13, więc zbytnio do jakości oglądanych przeze mnie rzeczy wagi nie przykładałem, a nawet jeśli to ówczesna telewizja, tak jak dziś, nie miała za bardzo czym się chwalić, więc obejrzałem parę odcinków z nudów i na tym się skończyło. Za książki się nie zabrałem wtedy, bo byłem zajęty lekturą Silverberga i Asimova, których pełnego obrazu twórczości nie ogarniałem jeszcze wtedy, ale mimo to uwielbiałem. I teraz, 25 lat po narodzinach wiedźmina Geralta, a 9 po moim pierwszym spotkaniu z nim zapoznałem się z książkami. Nie dlatego, „bo wypada”, czy z zachęty pozytywnymi opiniami, a z powodu gry. Ciekaw byłem jak wygląda fundament, na którym powstała rozsławiając polskich twórców gier komputerowych na całym świecie.

Kiedy postać wiedźmina zagościła na stronach książek polska fantastyka już prężnie się rozwijała, jednak nie było nikogo na tyle odważnego, by spróbować stanąć w szranki z zachodnimi twórcami w gatunku fantasty przeważnie wówczas utożsamianego tylko z Władcą Pierścieni. I trudno się dziwić, bo z imć Tolkienem ciężko się mierzyć. Aż tu nagle na scenie pojawia się Sapkowski i srebrem wiedźmińskiego miecza wywalcza sobie miejsce w panteonie polskiej fantastyki, pokazując, że Polacy nie gęsi i fantasy pisać też potrafią. Stąd też jestem w stanie zrozumieć zachwyt nad twórczością Sapka, zwłaszcza że większość fanów przeczytała ją mniej więcej kiedy wychodziła i wówczas nie było jeszcze za bardzo z czym jej porównywać. Dla starszych wyjadaczy była to nowość, a dla młodzieży często pierwszy krok w kierunku fantastyki. Nie sposób wiedźmińskiej sadze odmówić dużego wkładu w wychowanie obecnego pokolenia fantastów, do których i ja należę, chociaż wstąpiłem do niego bardziej tylnymi drzwiami. Obecnie rynek książek fantastycznych jest jednym z najlepiej prosperujących jeśli o literaturze mowa, więc każdy może wybrać co mu do gustu przypadnie. Możliwości są praktycznie nieograniczone. Dlatego uważam, że gdyby wiedźmin pojawił się teraz to nie zrobiłby aż tak wielkiego wrażenia. Przynajmniej na kimś, kto przeczytał więcej niż pięć książek na krzyż. Obecny zachwyt jak dla mnie, to po prostu echo rewolucji sprzed kilku lat, które rozbrzmiało na nowo za sprawą ożywienia legendy przez grafików komputerowych. Wystarczy spojrzeć na  reedycję książek z postaciami z gry. I jak to echo ma w swojej naturze, zamieni się w końcu w ciszę. Chyba, że CD Projekt za przykładem hollywoodzkich filmowców zacznie masowo tworzyć kolejne części gry.

Byłem kiedyś na spotkaniu z Magdą Kozak w Empiku w Manufakturze i podczas podpisywania książek, prowadzący zadał pytanie. Nieważne jakie. Pani Magda grzecznie poprosiła o niezadawanie pytań, bo chciałaby się skupić na autografach i czytelnikach. Prowadzący na to rzekł, że umiejętność robienia dwóch rzeczy na raz jest oznaką inteligencji i Sapkowski bez problemu sobie radził. Zachowanie prowadzącego skomentuję brakiem komentarza, jednak skupmy się na wizerunku autora, jaki jest w ten sposób kreowany. Napisać książkę nie każdy jest w stanie, mogę więc spokojnie założyć, że autor musi wykazać się ponadprzeciętną wiedzą i inteligencją, bo gdyby nie to co druga osoba by coś pisała. Jednak czyżby byli autorzy inteligentni bardziej, którzy uchodzą za takich po wpleceniu w swoje powieści kilku aluzji i odniesień, i reszta tworząca książki „lekkie, łatwe i przyjemne” skupiające się tylko na akcji? Z pewnością wiele osób podobnie jak pan prowadzący spotkanie uznałoby taki podział za normę, a Sapkowskiego bez wahania wrzuciło do tego pierwszego worka. Jak dla mnie absurd. Nie mam zamiaru uwłaczać autorowi, w końcu Trylogię Husycką bardzo sobie cenię, jednak sama Saga Wiedźmińska jest obecnie moim zdaniem przeceniana, bo pewnie większość ocen wystawiana jest przez pryzmat wspomnianego już wkładu w polską literaturę fantasy, a i pewnie osoby pokroju pana prowadzącego mają też swój wkład w tworzenie takiego właśnie obrazu.

Istnieje opinia, pewnie przez samego autora stworzona, bo on lubi tak robić, że Geralt nie jest głównym bohaterem sagi. Oczywiście, jest to sprawa sporna i każdy może uważać jak chce, ja jednak daleki jestem od takiego wniosku. Od Geralta się zaczęło i to jego poczynania napędziły machinę jaką jest fabuła sagi. To wokół jego postaci tłoczy się reszta bohaterów, on jest spoiwem grupy, za nim podążają. Powinna więc to być postać najwyrazistsza, najlepiej zarysowana, intrygująca czytelnika. Tymczasem pod otoczką tajemnicy kryjącą wiedźmińskie pochodzenie nie kryje się praktycznie nic szczególnego. Nie wiemy co prawda kto stworzył pierwszego wiedźmina i jak powstało Kaer Morhen, ale doskonale znamy proces tworzenia nowego pogromcy potworów i jego późniejsze możliwości. Wiemy też skąd pochodził Geralt, znamy też jego życiowy cel. Gdzie zatem ta słynna tajemniczość postaci wiedźmina? Czyżby wynikała z niekonsekwencji autora w kreowaniu osobowości głównego bohatera? Można zauważyć, że z założenia Geralt wpasowuje się w obecnie panujący trend „jestem zły i przeklęty, ale w końcu moja tragiczna postać ewoluuje w osobę z uczuciami”. Więc mnie jako fanowi House’a powinno się spodobać. Ale przecież tak nie jest. Zachowania i uczucia Geralta zmieniają się jak w kalejdoskopie dając niesamowicie irytujące wrażenie nierealności bohatera. Z jednej strony Sapkowski kreuje wizerunek niebezpiecznego, aspołecznego z przymusu de facto mutanta, który najlepiej czuje się zawsze sam z własnymi myślami. Z drugiej zaś wokół Geralta ciągle ktoś się kręci, gdzie się nie pojawi tam tworzy sobie nowych przyjaciół, co więcej rozkochuje w sobie prawie każdą napotkaną dziewczynę, robiąc z wątku wielkiej miłości do Yennefer zwykłego harlequina.

Reszta bohaterów na tym tle nie wypada wcale lepiej. Jaskier to typowy comic relief, w filmach grany najczęściej przez irytującego afroamerykanina, rzucającego co jakiś czas tym samym płytkim żartem do znudzenia i pałętający się pod nogami. Ciri to chyba jedyna w miarę przekonująca postać obok Regisa , jednak nie jestem pewien, czy jej zachowania nie są przesadzone jeśli przeanalizuje się je pod kątem wieku. W końcu kreowana jest na postać niezależną, dążącą do celu, bycia z Geraltem. Zadziorna z początku dziewczynka trenowana później na pierwszą wiedźminkę po tym co przeszła, gdy dorasta powinna jakoś zmienić swoje zachowania. Tymczasem nadal jest bezpodstawnie zadziorna, by potem ni stąd ni z owąd zmienić się w beksę. Wolałbym jednak żeby losy postaci wpływały na jej rozwój psychiczny niż żeby miała takie wahania nastrojów, jednak przymknę na to oko. W przeciwieństwie do Ciri, Yennefer nie zmienia się ani trochę. Cały czas stara się być niezależna, jednak tam gdzieś w głębi tli się uczucie, które autor bezczelnie ignoruje przez większość czasu i przyzywa tylko wtedy kiedy mu wygodnie. A najciekawszej i najlepiej zarysowanej postaci, czyli Regisa jest najmniej. Do tego kończy swoje występy całkiem szybko, przez cało autor pokazuje jak sobie żartuje z czytelników grając na ich emocjach za pomocą najstarszego pisarskiego chwytu świata. Co gorsza ten motyw wykorzystuje aż do przesady sprawiając, że po zakończeniu sagi pozostał u mnie spory niesmak. Smutna jest to książka, w której niewykorzystane postacie poboczne są ciekawsze, wyrazistsze i mają historie z większym potencjałem niż główni bohaterowie. Tak nie powinno być.

Natłok bohaterów, wydarzeń i odniesień, które mają tylko na celu dowiedzenie, że pan Sapokowski umie pisać poprawną polszczyzną i bawić się językiem tylko mota czytelnikiem (mną przynajmniej), a nie wzbogaca samej fabuły. Czytając można spokojnie ominąć sporą część sagi, w której autor skupia się na potyczkach słownych przypadkowych osób, czy rozważaniach i intrygach bardziej pseudo i na siłę niż właściwych. Dla przykładu zwróćmy uwagę na rewolucję z czarodziejami w roli głównej, która ma odmienić losy świata. Przynajmniej tak jest powiedziane. Czemu zatem nie ma ona żadnego mocniejszego wpływu na świat przedstawiony, a na losy bohaterów ma wręcz znikomy?. Większość „salowych” dywagacji  wręcz nudzi. Jednak gdyby je usunięto, to ciężko  by było mówić o pierwszej, polskiej sadze fantasy. Saga brzmi dumnie, łechta podniebienie. Trylogia już nie tak bardzo. Idąc dalej tym tropem natłok wszystkiego sprawia wrażenie jakby autor oddawał swoimi powieściami cześć chaosowi. Nie trzyma się żadnych powszechnie przyjętych ram tworzenia fabuły, czy narracji. Rzuca bohaterami po wszystkich krańcach świata i nie wiem nawet, czy chciałoby się komuś zobrazować podróże Geralta na mapie i czy powstała plątanina miałaby jakikolwiek sens. Sens to raczej towar, którego zdecydowanie tu brakuje. Autor jednak ma tarczę, którą jest w stanie się zasłonić i odeprzeć wszelkie zarzuty, a mianowicie motyw przeznaczenia. Aż dziw, że inni autorzy z niego nie korzystają. W końcu przeznaczeniem można wytłumaczyć każdą wymyśloną głupotę, nieścisłość i w ten sposób przymknąć niezadowolonego czytelnika.

Problem w tym, że pomysł z przeznaczeniem Sapkowski wykorzystuje aż do oporu i zasłania się nim w każdej możliwej sytuacji. Żeby potem i tak czytelnikowi nic nie wytłumaczyć mówiąc „to przeznaczenie i tak po prostu być powinno”.  Weźmy dla przykładu dwie moim zdaniem najgłupsze i najbardziej nieprawdopodobne sytuacje z końca książki. Geralt i Yennfer podczas oblężenia postanawiają oddać swoje życie za Ciri. Kiedy już to ma nastąpić, z niewyjaśnionych przyczyn żołnierze odchodzą. Sytuacja ta nie ma żadnego racjonalnego wyjaśnienia ani podłoża. Właściwie saga mogłaby się zakończyć w tym momencie, jednak chyba pan Sapkowski uznał, że jeszcze coś dopisze, więc wrzucił tutaj przeznaczenie do akcji. Głupotą jest też sama końcówka książki kiedy to Geralt umiera (a może nie umiera?). Można uznać, że autor chciał przełamać schemat, stereotyp niepokonanego herosa i zmieszać go z błotem. Jeśli jednak tak uznać, to cała sytuacja jest bezsensowna, nie ma żadnego oparcia we wcześniejszych wydarzeniach. Czemu kreowany do tej pory na silniejszego, zwinniejszego, bardziej wytrzymałego od zwykłych ludzi bohater, który nie jedną ranę śmiertelną przyjął, a i tak się wykaraskał dzięki swoimi zmutowanemu ciału miałby umrzeć od wideł jakiegoś wieśniaka? Tym bardziej, że przecież ratować go mogły dwie niezwykle silne czarodziejki. W tym jedna, która mogła przenosić się między światami i czasami. Czemu zatem Ciri nie cofa się w czasie aby nie zmienić biegu wydarzeń? Odpowiedź jest jedna i niezwykle głupia.  Przeznaczenie, którego nie da się uniknąć.

Jak więc widać uważam Sagę Wiedźmińską za produkt przeciętny. Oczywiście powyższy tekst, to tylko kilka luźnych przemyśleń, a nie dokładna analiza. Ta zajęłaby naprawdę dużo czasu i miejsca. Wystarczy zerknąć chociażby na portal Esensja, gdzie w jednym z tekstów próbują przeanalizować motyw przeznaczenia w sadze jako coś pozytywnego. Samo to zajęło autorowi więcej niż mnie całość tutaj. Z początku byłem nawet bliski stwierdzenia, że proza Andrzeja Sapkowskiego jest zdecydowanie przereklamowana, jednak nie mogę mu się nie ukłonić za wkład w polską fantastykę. Miał on bowiem niebywałe szczęście, bo pojawił się wtedy, kiedy czytelnicy najbardziej go potrzebowali. Trafił w niszę i rozciągnął swój pomysł na sukces na siedem książek. Dobrze dla niego i nic tylko pogratulować. Na szczęście dla mnie nie ciągnął swojego pomysłu przez następne dwadzieścia tomów, a poszedł jednak z duchem czasu i stworzył Trylogię Husycką, która opiera się na trochę innych założeniach i bardziej na powszechnie przyjętym sposobie opowiadania niż chaotycznej mozaice pełnej źle dobranych kolorów.

A zatem moi drodzy fani Wiedźmina i jego kompanii, pokusicie się o trochę więcej dystansu do nich?

4 Comments

  1. Misiael
    21 kwietnia 2011

    Przesadzasz. Dużo, często, gęsto i czasem bezpodstawnie. Przede wszystkim – jak dotąd nie powstało w polskiej fantasy nic, co rozmachem i kompleksowością przewyższałoby wiedźmińską sagę. To nie przypadek, że akurat Sapkowski wybił się na literackiej niwie fantastycznej. Nie wiem na ile orientujesz się w sytuacji polskiej fantastyki w czasach, w których AS debiutował (notabene – w konkursie NF, w ramach którego ukazało się pierwsze opowiadanie o Geralcie, nie zajął on nawet pierwszego miejsca). Wtedy dominowały dość posępne, ciężkie opowieści z zacięciem filozoficznym, tymczasem Sapkowski wprowadził do rodzimego fantasy coś nowego – koloryt wcześniej właściwie nieznany. Dynamizm, inteligentne, dowcipne dialogi, dopracowane uniwersum. Nie był pierwszy, ale z pewnością najlepszy i to go wyniosło na piedestał.

    Dalej – przyjmujesz błędne założenie, że ponadprzeciętna inteligencja jest jedynym kryterium umiejętności pisarskich, podczas gdy na to składa się wiele czynników – talent, zacięcie, cierpliwość, pewna wizja siebie jako twórcy, determinacja… Dlatego zdanie „Napisać książkę nie każdy jest w stanie, mogę więc spokojnie założyć, że autor musi wykazać się ponadprzeciętną wiedzą i inteligencją, bo gdyby nie to co druga osoba by coś pisała.” mogę skwitować tylko śmiechem. Nie każdy ponadprzeciętnie inteligentny człowiek ma predyspozycje do bycia pisarzem, tak samo nie każdy półgłówek ich nie ma. Jeśli twierdzisz zaś, że Sapkowski jedynie „wplótł w swoje powieści kilka aluzji” (i tym jedynie różni się m.in. od przywałowanej w tekście autorki „Nocarza”) to mam pełne prawo powątpiewać, czy w ogóle czytałeś wiedźmińską sagę.

    Tabuny trzecio- i dalszoplanowych bohaterów? Wszak Stephen King stosuje ten sam chwyt w tym samym celu – nadania wykreowanej rzeczywistości realizmu, wzbudzeniu w czytelniku poczucia, że uniwersum żyje niezależnie od bohaterów, że nie jest tylko sceniczną dekoracją, że jego losy nie kręcą się wobec głównej postaci. Dla mnie to niepodważalny atut, zwłaszcza, że daje to Sapkowskiemu popisać się swoją umiejętnością obracania piórem.

    Przesadziłeś, nie przemyślałeś albo masz zupełną rację, a ja dałem się nabrać Sapkowi. 😉

    Odpowiedz
  2. Runek
    21 kwietnia 2011

    Ja się nie pokuszę i uważam, że nie zrozumiałeś kilku rzeczy.

    Motyw przeznaczenia tłumaczy tylko nieprawdopodobne zbiegi okoliczności doprowadzające do spotkania Ciri i Geralta (dzięki temu nie jest to opowieść o dziewczynce, która zginęła pod kopytami koni własnych żołnierzy i gościu, który umarł broniąc przypadkowego kupca przed potworami).

    Jeśli postać nie jest mocno zarysowana, to jest dla niej szansa na realistyczną konstrukcję osobowości. Ja sam tez nie uważam się za mocno zarysowanego. I to nie jest tak, że Geralt stroni od towarzystwa – po prostu żadne towarzystwo nie odpowiada mu na dłuższą metę.

    Dla niektórych bogate tło opowieści to zaleta. Rozumiem, że wątek główny nie jest jakiś szczególnie wielki i dałoby się go zmieścić w dwóch (dużych) tomach, ale to właśnie wszelkiego rodzaju dodatki sprawiają, że „czujesz” ten świat. Nie wykluczam, że tylko ja tak uważam, bo moja wyobraźnia lepiej tworzy światy niż historie.

    Odpowiedz
  3. Iscariote
    21 kwietnia 2011

    @Misiael – w Polskiej fantasy może i owszem ciężko o coś tak złożonego, tu się nie spieram. Toteż piszę, że trafił akurat w taki moment, że nikt nie mógł z nim konkurować. Gdyby Wiedźmin pojawił się teraz, to wątpię żeby wyglądał tak samo. Chociażby dlatego, że już nie skupiamy się tylko na posępnych i filozoficznych powiastkach. Radosnej, rodzimej fantastyki jest multum, dla każdego coś miłego. ;]

    Z ponadprzeciętną inteligencją faktycznie trochę za bardzo uogólniłem. Jednak nie uważam żeby moja teza była mylna. Tworzenie pięknych zdań możnaby porównać do pisania równań. Jedne i drugie muszą mieć potem sens, i uważam że predyspozycje do tworzenia takich to własnie oznaka nieprzeciętnej inteligencji. U każdego może objawiać się w inny sposób. I wcale nie napisałem, że Sapkowski różni się od pani Kozak wpleceniem kilku aluzji. Chciałem zwrócić uwagę, że mogą istnieć osoby, które mogą dzielić na pisarzy „lepszych i gorszch” pod różnym kątem. A stereotypowo uważa się Sapkowskiego za bardziej „inteligentną rozrywkę”.

    No i dla mnie tabuny trzecioplanowych bohaterów nie są atutem, jeśli pierwszy plan mnie nie ciekawi ;] Przytoczony przez Ciebie mistrz horroru, też jakoś specjalnie nigdy mnie nie ruszał.

    @Runek Ja też nie jestem mocno zarysowany. Pełno niezarysowanych mocno postaci mam w życiu codziennym. Dlatego sięgając po książkę nie oczekuję realizmu. Wręcz nie chcę realizmu. Dlatego od małego lubiłem fantastykę 😉

    Odpowiedz
  4. Misiael
    21 kwietnia 2011

    Tyle tylko, że gdyby nie Sapkowski, to dzisiejsza fantastyka wyglądałaby kompletnie inaczej więc trudno domniemywać, jak poradziłby sobie autor w środowisku, które on sam niejako zainicjował. Możliwe, że zaginąłby w zalewie grafomańskich Pilipiuków, ale nie sądzę. Dobra proza obroni się w każdych warunkach, a że Sapkowski potrafi wywijać piórem, to fakt niezaprzeczalny.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *