Pogrzebany (2010)

Pogrzebany (2010) Jeśli jeszcze ktoś nie słyszał o „Pogrzebanym”, to naprawdę podziwiam, że udało się takiej osobie uniknąć bombardowania informacjami na temat, jakaż to kinowa rewolucja z Ryanem Reynoldsem się szykuje. Cały film dzieje się bowiem na dwóch metrach kwadratowych trumny zakopanej gdzieś w Iraku, z Reynoldsem w środku. I czy to naprawdę jest rewolucja to ciężko stwierdzić , bo gdzieś tam z pewnością istnieje film z nie do końca popularnego nurtu kina alternatywnego, z jednym bohaterem i kamerą wodzącą cały czas za jego twarzą. Tyle tylko, że go nie znam. W każdym razie w świecie produkcji made in Hollywood jest to zabieg dość niespotykany. I w sumie można by było przeprowadzić analizę stosunku ilości przestrzeni na jakiej dzieje się dany film do jego „hitowości”, czy „kasowości” i sprawdzić jak dwa metry kwadratowe „Pogrzebanego” wyszłyby w takim rankingu (pewnie wyśmienicie), ale wątpię żeby komuś się chciało.

Bowiem film ten jest dość rozczarowującym. Czego ja osobiście się nawet spodziewałem, bo trzeba by było być naprawdę geniuszem żeby utrzymać w napięciu widza mając do dyspozycji tylko leżącego na plecach Reynoldsa. A ten, jak wiemy, jakimś wyśmienitym aktorem dramatycznym (pomijając genialną końcówkę filmu Smokin’ Aces z muzyką Mansella) nie jest. Chociaż widać, że się chłopak bardzo starał, mnie uśpił. Dokładnie jakoś w połowie filmu zasnąłem i mógłbym to zrzucić na moje zmęczenie dnia tamtego, jednak nie zrobię tego. Bo gdyby był to film naprawdę dobry i naprawdę wciągający, to z pewnością byłbym rozbudzony na tyle by móc go do końca obejrzeć, a spać pójść potem. Było inaczej.  No ale, z pewnością zastanawiacie się, co Reynolds robi przez półtorej godziny w trumnie. Oczywiście stara się wydostać. Kill Billa nie oglądał i Umą Thurman też nie jest, więc  radzić sobie musiał innymi sposobami.

Do dyspozycji miał parę gadżetów. Jednym z nich jest komórka z arabskim softem, w której dopiero po godzinie filmu zmienił język na angielski, bo wcześniej nie wpadł na to, że musi poszukać w ustawieniach. W sumie to była w jego wykonaniu dość dramatyczna próba, bo bał się, że coś zepsuje. Nie wpadł na to, że jeśli coś kliknie i nie będzie tam listy języków, to zawsze można kliknąć klawisz odpowiadający za „cofnij” i spróbować kliknąć kolejną opcję. Na jego szczęście trafił w listę dostępnych języków za pierwszym razem.  Drugi niezwykle przydatny gadżet to zapalniczka benzynowa typu zippo. Bohater beztrosko przyświeca sobie nią przez pół filmu marnując cenne powietrze i zasmradzając sobie spalinami przestrzeń. Jak długo powinien wytrzymać Reynolds w takich warunkach? Pojęcia nie mam, ale stawiam, że stanowczo krócej niż w filmie. Potem w trakcie filmu Reynolds dostaje upgrade ekwipunku w postaci latarki, scyzoryka, piersiówki, kartki papieru, a także światło chemiczne (ta rurka, co po wygięciu daje światło przez kilka godzin).  Jak to się dzieje? Nie, nikt nie otwiera trumny. Okazuje się, że przy nogach miał cały czas worek z tymi rzeczami, który umknął mu na początku filmu kiedy wierzgał i rzucał się jak tylko mógł, a potem dokładnie studiował wszystkie strony swojej trumny przyświecając zapalniczką. Ale pewnie się tylko czepiam, jak to ja.

W każdym razie film ma mimo wszystko parę plusów, o których wspomnieć muszę by uczciwym być. Są to bohaterowie, których na ekranie nie widzimy, ale są obecni, znamy ich historię, zadawane są pytania na ich temat, możemy ich lubić bądź też nie. Ryan komunikuje się z nimi przez komórkę (jakim cudem z Iraku dodzwonił się na komisariat w Ohio, czy gdzieś tam, wciskając po prostu 911?), albo przynajmniej się stara. Nie wszyscy odbierają, nie wszyscy rozumieją o co chodzi, a niektórzy nawet nie chcą zrozumieć i Ryana najchętniej by się pozbyli, bo jego obecność w trumnie uprzykrza im życie (i nie mówię o grabarzu, czy zarządcy cmentarza jak w skeczu u Laskowika). Druga sprawa to popularny od dłuższego czasu wątek Amerykanów w Iraku,  tym razem ujęty nie z punktu widzenia żołnierza, a pojmanego, bogu ducha winnego konwojenta. I jak się okazuje nie terrorystami straszny nas reżyser, a amerykańską obojętnością.

I w sumie na tym plusy i wszystkie wątki się kończą. Sensu za dużo tu nie ma, a większość motywów jest wyolbrzymiona, albo wciśnięta na siłę.  I szkoda, że film kończy się jak kończy, bo ja cały czas miałem cichą nadzieję, że wszystko okaże się chorym kawałem psychopaty, czy tajnym projektem rządu. Niestety nie.

PS. w sumie ciekawą koncepcją byłoby zrobić z tego teatralny monodram.

OCENA: 5/10

1 Comment

  1. Dariusz W.
    24 grudnia 2010

    Jak to się mówi z gówna bata nie ukręcisz.
    Zrobię z tym filmem to co z Paranormal activity i zwyczajnie zignoruję, bo jest jeszcze całe mnóstwo innych ciekawszych filmów, których nie widziałem i zupełnie nie jest to kwestia budżetu, ale jednostajności i monotonii, którą ktoś próbuje zamaskować. W tej grupie filmów znajduje się również Unthinkable, który mimo swojej ograniczonej dynamiki scen według mnie jednak jest niemal arcydziełem i pod względem fabuły jednym z najlepszych filmów jakie miałem w tym roku okazję obejrzeć.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *