Robokalipsa – Daniel H. Wilson

Temat robotów już niedługo nie będzie jedynie rozważany w sferze opowiadań science-fiction. Roboty zawitają do naszych domostw, gdyż dobrnęliśmy już do tego punktu w naszym technologicznym rozwoju. Samochody jeżdżą same, telewizory, komputery mają możliwości, których przeciętny Kowalski nie jest w stanie wykorzystać, bo i po co tak właściwie?  Ale zauważyłem, że boimy się tego zdecydowanie mniej niż kiedyś. Właściwie od czasów „Ja, Robot” Asimova , z bardzo nietrafioną ekranizacją i wiekopomnego dzieła, kamienia milowego kina sci-fi, czyli „Matrixa” Wachowskich temat ten nie jest rozwijany. Jest jeszcze owszem walka ze Skynetem w „Terminatorze: Ocalenie”, jednak tam morał zaginął przygnieciony toną efektów specjalnych i przeciętnego aktorstwa. Temat buntu robotów na nowo stara podjąć się Daniel H. Wilson w „Robokalipsie”, powstawanie której nadzorował sam Spielberg, gdyż w planach na rok 2013 ma ogromną ekranizację. Więc co dostaniemy kiedy na czterystu stronach połączymy Spielberga, Matrixa, Terminatora i Ja, Robot? Powiem wam. Najmniej „książkowe” i najnudniejsze science-fiction ostatnich lat.

Książka raczej łamie wszelkie schematy prowadzenia historii i bliżej jej do wstępnej wersji scenariusza do odcinka serialu sci-fi. Pewien żołnierz, którego dla ułatwienia nazywę głównym bohaterem, chociaż nim nie jest, bo nie ma w Robokalipsie głównej postaci pierwszoplanowej, po wojnie z robotami (wygranej de facto… tak, spoiler na pierwszych stronach książki) postanawia spisać najważniejsze momenty tytułowej „robokalipsy”. Jako materiały ma różnego rodzaju nagrania z kamer przemysłowych, nagrane rozmowy, wywiady. Niestety słaby z niego pisarz, więc po prostu zaczyna opisywać to co słyszy i widzi. W ten sposób „Robokalipsa” składa się z kilkudziesięciu króciutkich rozdziałów w dwóch formach narracji. Pierwszej, jakby ktoś opowiadał obejrzany przed momentem serial ze szczegółami typu gdzie w danej chwili była kamera, czy trzeszczała, czy bohater się pocił, spojrzał tam, a może tam… czego w kadrze nie widać, ale później się pojawia. Drugiej, jako zapisy opowieści różnych postaci. Przy czym owi narratorzy opowiadają o tak absurdalnych i pierdołowatych szczegółach, niemających najmniejszego znaczenia dla sensu opowiadanej przez nich sytuacji, że jest to całkowicie nierzeczywiste i niestrawne.

Przez ilość wątków, a także skakanie z jednego na drugi autorowi nie udało się uwydatnić żadnej z postaci. Nie wyróżniają się, nie intrygują, nie zaskakują. Widać, że autor miał pomysł tylko sposób realizacji, który owszem można uznać za ciekawy, w praktyce się nie sprawdził.  Dodatkowo w żaden sposób nie został zarysowany świat, w którym dzieją się wydarzenia. Właściwie jedyne co o nim wiemy, to że w każdym domu jest robot. Jest to mocno powierzchowne podejście do tematu. Tak samo, kiedy powiedziane jest, że cała zaawansowana elektronika obraca się przeciw człowiekowi, a autor nie opisuje żadnych związanych z tym kataklizmów, które przecież powinny dziać się na skalę globalną. Najwidoczniej pan Wilson, który do tej pory pisał fantastykę humorystyczną nie sprawdza się w poważnej tematyce.

Dla kogo więc jest ta książka? Dla ludzi, którzy nie siedzą w literaturze science-fiction i postapo, a dla zwykłych czytelników, dla których pisarskim arcydziełem jest Kod Leonarda.  Przyznać jednak trzeba, że „Robokalipsa” to świetny materiał wyjściowy do scenariusza filmowego. Nawet dużo nie trzeba by było dopisywać.

OCENA: 4,5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *