Sherlock Holmes: Gra Cieni (2011)

 Wizja serialowego Sherlocka w wykonaniu Cumberbatcha bardzo szybko i łatwo zagnieździła się w głowach fanów. W mojej również, i to na tyle, że czytając pierwowzór był dla mnie niezwykle nudny i niestrawny. Jak zatem przy takiej konkurencji wypada wersja Roberta Downeya? Ano nie wypada wcale. Już pierwsza część w tym starciu przegrywała z kretesem, a najczęstszym argumentem było, że mało tu Sherlocka w Sherlocku. I owszem, była to bardziej awanturnicza, przygodowa powiastka z elementem mystery, ale kryminalnych zagadek i dedukcji było co kot napłakał. Za to było pełno popisowych bójek i kaskaderskich wyczynów. Czy druga część różni się czymś od poprzedniczki? Jedynie tylko szczegółami i stety, bądź niestety nie wnosi do tematu za dużo nowego. 

Zaczynamy tam, gdzie skończyła się częśc pierwsza. Holmes odkrywa swojego arcywroga, profesora Moriarty’ego, a Watson się żeni. Oczywiście obsesja Sherlocka pociąga Watsona i zamiast spokojnie się pobrać i spędzić podróż poślubną z ukochaną w ramionach, ten drugi podąża za tym pierwszym w szalonej wyprawie przez kraje Europy. Dwójce bohaterów towarzyszy także pewna cyganka, grana przez Noomie Rapace, której uroda niezwykle przykuwa uwagę, jednak jej postać nie ma za bardzo czym się popisać. A szkoda. Szkoda także, że jej konkurencja, czyli znana z poprzedniej częścli Adler (również piękna Rachel McAdams) na ekranie pojawi się na minut dosłownie trzy. A zatem podstawą napędu całej karuzeli są panowie. Z kulminacją w finałowym pojedynku Sherlocka z Moriartym, który przyznam szczerze (pojedynek, nie Moriarty) podobał mi się bardziej niż w serialu BBC.

Karuzela jest moim zdaniem dobrą metaforą dla tego filmu. Całość pędzi bez zastanowienia kręcąc widzem i nie dając mu wytchnąć. Duet Sherlock – Watson podstawą zabawnych dialogów, duet Sherlock – Moriarty podstawą dreszczyku emocji. Bo jak po tym pierwszym wiadomo czego się spodziewać, tak po tym drugi już nie. Jared Harris grający Moriarty’ego ma w sobie coś zdecydowanie niepokojącego, nadaje się więc do tej roli znakomicie. Zresztą, wystarczy tylko przytoczyć jego rolę jako David Robert Jones w serialu Fringe, na potwierdzenie tych słów.

Jest jednak mały problem, który sprawia, że sequel jest o punkcik gorszy od poprzednika. Otóż oddając hołd żelaznej zasadzie sequeli postanowiono dodać wszystkiego więcej. I tak jak np. w serialu Spartacus sprawdziło się to znakomicie, gdzie producenci wysłuchali zachwytów fanów i w dwa razy krótszy minisezon upchnęli wszystkiego za co uwielbiamy ten serial dwa razy więcej, tak poczyniono i tutaj, jednak nie wyszło to na dobre. Granica między wyważoną rozrywką, a hollywoodzką popisówką została przesunięta bliżej popisówki. Owszem, ogląda się to nadal bezboleśnie, ale po seansie pozostaje wrażenie, że mogło być lepiej.  Nie do końca też rozumiem po co ten „gag” na koniec. Dla mnie Watson mógłby sam się uśmiechnąć do kamery i postawić znak zapytania.

OCENA: 7/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *