Światło – M. John Harrison

Nie rozumiem. Nie rozumiem tej książki, nie rozumiem wysokich ocen od czytelników. Czyżby to był jeden z tych przypadków, kiedy czytasz coś i nie rozumiesz, a więc dochodzisz do wniosku, że to musi być coś bardzo mądrego, a zatem dobrego, w wyniku czego wystawiasz wysoką ocenę, bo przecież inaczej nie wypada? A może po prostu za głupi jestem i nie dostrzegam głębszego sensu tej książki? Chyba nie, skoro bez problemu połykam Wattsa i Dukaja. A jeśli mamy umieścić „Światło” w podgatunkowej szufladce  science-fiction, to pewnie obok książek tych dwóch autorów by je wciśnięto. I może także obok „Mona Lizy Turbo” Williama Gibsona, ponieważ znajduje się w niej kilka bardzo podobnych motywów. A i struktura książki – trzy przeplatające się ze sobą historie, jest mniej więcej taka sama. Tyle tylko, że w trakcie czytania po wielokroć pytałem się w myślach „po co” i „czy te wątki w końcu się połączą”… Odpowiedzi na pytanie pierwsze nie otrzymałem. Odpowiedź na pytanie drugie… Według autora książki pewnie się łączą. Dla mnie takie łączenie wątków zepsuło książkę i zrobiło ją jeszcze bardziej niezrozumiałą. Ale może o to w tym wszystkim chodziło? Mam świetny pomysł na książkę, ale nie wiem jak to zrealizować. Stworzę więc dzieło szalone, trudne do zrozumienia, pełne dziwacznych odniesień, wizji, chorych snów, a czytelnik sam sobie dopowie resztę. To ja jako czytelnik podziękuję za taką możliwość. 

A zatem mamy trzy wątki. Pierwszy dzieje się w 1999 roku, drugi w przyszłości, a trzeci w bardzo, bardzo dalekiej przyszłości. A zatem, mamy Michaela Kerneya, który współpracuje z przyjacielem nad pewnymi teoriami kwantowymi. Ich matematyczne równania umożliwią kiedyś loty międzygwiezdne. A przy okazji Kearney ma trzy problemy. Pierwszy –  skardł runiczne kości do przepowiedni jakiemuś szalonemu magowi, który od tamtej pory ściga go. Drugi – ma na karku swoją byłą żonę, seksoholiczkę, która niestety nie jest samodzielną osobą. Trzeci – Kerney jest seryjnym mordercą kobiet (po co?). Drugi wątek to Ed, który żyje sobie w zbiorniku, podpięty jest do czegoś w rodzaju matrixa i w sumie nic więcej do szczęścia mu nie trzeba. Do czasu, aż kończą mu się kredyty i znajdują go wierzyciele. Oczywiście musi uciec, znaleźć pracę itp. Trzeci, ostatni wątek ma miejsce w kosmosie. Kapitan statku Biała Kotka z powodzeniem piraci sobie po galaktykach. Oczywiście na własne życzenie wplątuje się w dziwną intrygę, która w magiczny dla mnie sposób, pod koniec ma połączyć się z dwoma poprzedni wątkami w sensowną całość. Ktoś jest w stanie sobie to wyobrazić? Ano właśnie.

W każdym z wątków jest dużo niepotrzebnego seksu. Właściwie co kilka stron padają słowa „zerżnij mnie”, tudzież „zerżnij mnie mocno”. Ktoś chyba ma kompleksy. Czemu Kerney morduje kobiety? Nie wiadomo. Po prostu je morduje. Autor chyba uznał, że przewrotne będzie jeśli z człowieka, który dokonuje najważniejszego odkrycia w historii ludzkości zrobi mordercę i szaleńca.  Problem w tym, że to nie jest napisane w przewrotny sposób. „Światło” jest pełne groteskowych pomysłów i wizji niczym z książek Chiny Mieville’a (pewnie dlatego jego rekomendacja widnieje na tylnej stronie okładki). Jednak u Mieville’a jego dziwactwa mają sens w kontekście świata przedstawionego i to ich obecność jest podstawą pod fabułę. A u Harrisona wygląda to tak jakby bał się, że historia sama się nie obroni więc dorzucił pełno ozdobników, tworząc w ten sposób swoistą zasłonę dymną. Jestem ciekaw, czy ktoś po przeczytaniu „Światła” miał takie same odczucia.

Na plus jakość wydania. Ale wszystkie książki z tego cyklu wydawniczego mogą się tym poszczycić. Tutaj przynajmniej wiemy, że nie płacimy za byle co. A i tłumaczenie jest bardzo przyzwoite. Zatem książka dla ludzi, którzy lubią wyzwania i lubują się w dziwactwach. Dla fanów sci-fi? Może. Nie jest to niestety typowe sci-fi. Jeśli lubisz przytoczonych przeze mnie na początku notki autorów, to śmiało możesz próbować się z Harrisonem. A może akurat to książka dla Ciebie.

OCENA: 3/6

1 Comment

  1. Nyx
    4 maja 2012

    Ja mam zasadę – jak czegoś nie rozumiem, to nie staram się sobie wytłumaczyć, że to dlatego, że jakiś burak, który napisał książkę jest tak genialny, że jego dzieło zasługuje na pochwałę. No nie i koniec. Może to zła zasada, nie wiem. Ale jestem fair wobec siebie.
    Jesli chodzi o dopowiedzenia – ja jestem współpracującym czytelnikiem i lubię w książkach technikę suspensu i brak dalszego ciągu, ale wszystko ma swoje granice ;D Jakbym miała w ręku takie dziwaczne dzieło, to bym na te dopowiedzenia nawet ochoty nie miała.
    „W każdym z wątków jest dużo niepotrzebnego seksu. Właściwie co kilka stron padają słowa „zerżnij mnie”, tudzież „zerżnij mnie mocno”. Ktoś chyba ma kompleksy.” – pewnie nie umie mocno. Albo nikt go do tego zachęca, a on potrzebuje być słownie popchnięty do dzieła 😉

    No i jak już mówiłam – czcionka (i ramki, niczym z prezentacji w Power Pointcie) psuje piękno okładki, pfe.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *