Troje – Sarah Lotz

Wakacje trwają już od jakiegoś czasu, w końcu mogę zabrać się za nadrabianie sporych zaległości książkowych. Na pierwszy ogień idzie „Troje” Sary Lotz – książka, która towarzyszyła mi przez ostatni miesiąc dosłownie wszędzie. Trochę jej współczuję, pewnie każdy jest w stanie wyobrazić sobie jak wygląda książka po miesiącu miętoszenia jej w łapkach i trzymania w torbie. Możemy chwilę ubolewać nad jej stanem, a później postawić pytanie, jak sprawdziła się w roli kompana i czy warto polecić ją na wakacyjną lekturę do smażenia się w słońcu. Od razu odpowiem. Nie. Mimo że okładka kusi nas czernią, blurp intryguje, to muszę jednak ostrzec. Nie jest to lekka i przyjemna lektura, a bardziej eksperyment literacki mogący wcale nie przypaść do gustu czytelnikowi, który tak jak ja spodziewał się thrillera z elementami fantastycznymi, tudzież czegoś z pogranicza horroru. Zarys fabuły wygląda, bowiem następująco. W pewien słoneczny czwartek w światowych mediach pojawia się informacja, że cztery samoloty pasażerskie należące do różnych linii lotniczych rozbijają się w różnych zakątkach świata. Z katastrof przeżywa trójka dzieci. Wybucha panika i ludzie zaczynają  zadawać pytania, na które nikt nie jest w stanie udzielić odpowiedzi. Czy był to zamach terrorystyczny, przypadek, czy może ingerencja obcych? Fanatycy religijni wysnuwają teorię, że ocalałe dzieci, to wybrańcy boga, jeźdźcy apokalipsy, omen, zwiastun nadciągającej zagłady. Jeśli tak, to gdzie jest czwarte dziecko? Rozpoczynają się poszukiwania. W międzyczasie wokół ocalałych dzieci i ich rodzin zaczynają dziać się rzeczy nadzwyczaj dziwne i niepokojące. Rozwikłania tajemnicy podejmuje się zdeterminowana dziennikarka.

W czym zatem leży problem? To nie jest niestety powieść. „Troje” jest książką w książce i produkt, z którym dane nam jest zapoznać się jest zapisem śledztwa wspomnianej wyżej dziennikarki. „Czarny Czwartek – Od katastrofy do spisku: analiza fenomenu Trojga” autorstwa Elspeth Martins jest, zatem zbiorem relacji, transkrypcji rozmów prowadzonych przez Skype, zapisów korespondencji mailowej, logów z czatów, a nawet wpisów na Twitterze, czy policyjnych raportów. Ułożonych oczywiście chronologicznie żeby łączyły się zgrabnie w całość tworząc w ten sposób spójną historię. Jest to oczywiście ciekawa koncepcja, która dla mnie nie sprawdza się jednak w formie pisanej. Medium, w którym jest to wykorzystywane i sprawdza się jak najbardziej to gry komputerowe, gdzie eksplorując świat znajdujemy listy, zapiski, kasety z nagraniami, ulotki, raporty, które pogłębiają świat gry, dopełniają historię, sprawiają, że nasze przeżycia są dużo ciekawsze. W trochę mniejszym stopniu jest to spotykane także w filmach i serialach. Są to jednak dodatki, smaczki i ciężko sobie wyobrazić żeby tylko one utrzymały ciekawość odbiorcy przez odpowiednio długi czas. Dlatego też głównym zarzutem wobec gry eksploracyjnej Gone Home od The Fullbright Company, gdzie chodzimy po opuszczonym domu w celu zebrania i przejrzenia wszelakich dokumentów i domyślenia się, o co w tym wszystkim chodzi, jest brak contentu i krótkość rozgrywki. W przypadku książki Sary Lotz, na krótkość nie należy narzekać, prawie 500 stron to rozsądna objętość, natomiast na brak głównego bohatera, protagonisty, osoby odkrywającej świat wraz z czytelnikiem, już tak. Czytelnik skacze pomiędzy różnymi postaciami, często niepowiązanymi bezpośrednio z tytułowym „trojgiem”. Zabieg ten ma na celu pokazanie nam szerszego spektrum, przez co „Troje” momentami aspirują do miana powieści socjologicznej, gdzie obserwujemy i analizujemy reakcje różnych społeczności na wydarzenia z „czarnego czwartku”. I chociaż momentami zdarzy się tu parę klisz, typu „pastor fanatyk”, to jest to zdecydowanie najmocniejsza strona książki.

Więc jeśli lubicie, kiedy bohaterowie muszą skonfrontować się z nową, nie do końca przyjazną rzeczywistością i chcecie mieć dokładny wgląd w ich przemyślenia, psychikę, tudzież kochacie niebanalne eksperymenty literackie to „Troje” Sary Lotz jest zdecydowanie lekturą dla was. Jeśli natomiast wolicie coś bardziej klasycznego w formie, to musicie się liczyć, że tak jak w moim przypadku nie pochłoniecie jej na raz, czy nawet na dwa, lub trzy razy. Ale zawsze warto zaryzykować. Kto nie próbuje, ten wiele traci. Tak mawiają przynajmniej.

Za książkę do recenzji dziękuję wydawnictwu Akurat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *