Trzej Muszkieterowie 3D (2011)

Nie będę owijać w bawełnę. Od człowieka, który wyreżyserował moją najukochańszą serię filmową (Resident Evil oczywiście) spodziewałem się zdecydowanie więcej. Od znanych nazwisk pojawiających się w tej produkcji również. Dostałem natomiast bardzo nijaką, kolorową głupotkę nakręconą na pół gwizdka. Z przykrością stwierdzam, pod każdym wręcz względem.

Zacznijmy od fabuły, która opiera się na kultowej powieści Dumasa, tu nie ma żadnych zaskoczeń. Anderson dodał jednak bardzo dużo ozdobników. Chociażby w postaci maszyny latającej, czy skarbca Da Vinci pełnego pułapek, który na początku plądrują niczym prawdziwi ninja główni bohaterowie. Ozdobniki pozostały jednak ozdobnikami i zamiast wprowadzić do już kilka razy maglowanego motywu trochę świeżości, szaleństwa, steampunkowej duszy, to mnie osobiście irytowały. Głównie z powodu głupoty niektórych manewrów. Chociażby powietrzna bitwa, podczas oglądania której fani scen balistycznych i tym podobnych na pewno wyjdą z siebie. O scenach kiedy bohaterowie skaczą dziesięć metrów w dal, czy spadają z bardzo wysoka już nie wspominając.

Główni bohaterowie grani są przez aktorów nie do końca znanych z wielkiego ekranu. Rozumiem czemu Paul W.S. Anderson zdecydował się na nowe twarze. Charlie Sheen już raz grał w Trzech Muszkieterach, więc dziwne by było jakby zgodził zagrać jeszcze raz 😛
Nowi grają całkiem przyzwoicie ale nic więcej. Najlepiej chyba wypada aktor, który wyglądem łączy w sobie fizjonomie McAvoya i Blooma, czyli Luke Evans. Problem w tym, że jego postaci, czyli religijnego Aramisa, skaczącego z dachów niczym Ezio z Assassins Creed jest tyle co kot napłakał. Podobnie zresztą jest z innymi. Tak jakby każdy miał po dziesięć minut dla siebie. Następny w kolejnościu jest Orlando Bloom w roli Buckinghama, na którego przyjemnie popatrzeć, bo widać że bawi się swoją rolą i naprawdę czerpie przyjemność z grania mrocznego, złośliwego lorda. Ale znowu, jest go bardzo mało. Podobnie jak i innych, Madsa Mikkelsena, Milli Jovovich i aktora po którym najwięcej się spodziewałem Christopha Waltza (niezapomniany Landa z Bękartów Wojny).  Może nie chciał się powtarzać w swojej roli, bo Richelieu można w sumie porównać do Landy z Bękartów pod względem poziomu zła, które te postacie w sobie posiadają, ale nie usprawiedliwia to gry totalnie nijakiej.

3D oczywiście słabe, co jest dziwne, bo przecież przy ostatnim Resident Evilu Anderson wykorzystał te same kamery co Cameron w Avatarze, czemu więc i tym razem tego nie powtórzył i zrobił taką standardową 3D fuszerkę? Nie rozumiem.

 

Na plus natomiast kostiumy – Milla Jovovich w gorsetach i sukniach bardzo mrrrr chociaż w gorsecie widać jak bardzo płaska jest. Przymykam oko na stroje tytułowych postaci, które wyglądały jak motocyklowe kurtki zapinane na suwaki. Absurd trochę.

Do tego bardzo dobra muzyka i przepiękne, pełne przepychu wnętrza. I tyle w sumie. Osobiście nie polecam. No chyba, że ktoś nic od tego filmu nie oczekuje i chce po prostu popatrzeć na coś kolorowego, to proszę bardzo. Ja zawiodłem się mocno i oceniam tę produkcję jako przeciętną.

 

5/10

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *