Winter’s Bone (2010)

Kolejna produkcja wybrana poprzez uczestników Projektu Kino. Z tego wyboru w ogóle nie jestem zadowolony. A nawet jestem mocno zdziwiony, że blogerzy filmowi wybrali w tej kategorii właśnie ten film. Kategoria to: Zwycięzcy Festiwalu w Sundance po 2000 roku. Owszem, film wygrał w Sundance w 2010 roku, więc wszystko pasuje. Jednakże Winter’s Bone w 2011 narobiło sporo zamieszania przy okazji nominacji do Oscarów. Dziwi mnie zatem, że większość nie obejrzała go już wtedy. To po pierwsze. A po drugie, jeśli ktoś się pokusił o przejrzenie całej listy nagrodzonych w Sundance po 2000 roku, to pojawia się tam o wiele więcej intrygujących, a mniej znanych tytułów. Chociażby Happythankyoumoreplease w reżyserii Josha Radnora (Ted Mosby z serialu Jak Poznałem Waszą Matkę) z tego samego roku, który zdobył wówczas nagrodę publiczności. Oklepany film wybraliście. Ot, tyle powiem. Ale nie martwcie się, bo ta odrobinka jadu z mojej strony wynika pewnie z mojego zdecydowanego nietrawienia filmu pani Debry Granik. Przy okazji wspominanych Oscarów robiłem do Winter’s Bone dwa podejścia. Za każdym razem zasypiałem po 20 minutach. Później próbowałem przy okazji rodzinnego seansu ogarnąć całość, ogarnąłem jakieś 30 minut plus / minus 5 późniejszych urywków. Teraz zmotywowany Projektem Kino obejrzałem w końcu od deski do deski i nadal nie wiem o co wtedy było tyle hałasu i właściwie teraz też…

Mamy dziewczynę, Ree Dolly, lat 17, graną przez Jennifer Lawrence. Mieszka wraz z matką i dwójką rodzeństwa w górach Ozark, które zapewne są amerykańskim odpowiednikiem miejsca „gdzie diabeł mówi dobranoc” i lepiej się tam nie zapuszczać, chyba że chce się być postrzelonym w ramach „przyjacielskiego” powitania. Bohaterce żyje się ciężko, bo bieda dookoła świszczy. Matka Ree postradała rozum, co w sumie zaprezentowane jest jako najrozsądniejsza rzecz jaką kobieta w jej sytuacji mogła uczynić. Ojciec zaś zaginął po zatarciu z prawem. Jak się okazuje cała okolica żyje z „gotowania” metamfetaminy (czeka ktoś na finał Breaking Bad?). Ojciec Ree naturalnie też parał się tym zawodem, ale gdy wpadł postanowił wykupić swoją wolność kosztem domu i terenów rodzinnych. Ree pozostaje kilka dni na sprowadzenie ojca do domu, inaczej straci dach nad głową. Przyciśnięta do muru młoda dziewczyna musi więc wkroczyć w niebezpieczny świat.

Z opisu wygląda bardzo ciekawie, prawda? A nie jest. Większość filmu ogranicza się do Ree chodzącej od domu do domu z pytaniem „czy widzieliście mojego tatę?” i w większości przypadków całującej klamkę i robiącej smutną minkę. Ale dzięki podróży dziewczyny mamy wgląd w redneckie środowisko (chociaż według Wikipedii, na rednecków z Ozark mówi się hillbilly, ale dla mnie żadna wielka różnica), przerażające, niebezpieczne. Ale wystarczy wyjść w jakąś oddaloną od centrum miasta Polską, typową ulicę i zajrzeć w bramę i dostaniemy podobne widoczki, więc nijak mnie to nie ruszyło. No może co prawda nasz patol nie biega ze strzelbami na jelenie, ale równie nieciekawie się prezentuje. Nie mniej, domyślam się, że chodziło bardziej o ukazanie lokalnej mentalności w dość brutalny sposób, poprzez konfrontacje z mentalnością 17 letniej dziewczyny, która marzy o czymś więcej. Odkryję przed wami jedyny twist jaki czeka na widza podczas seansu Winter’s Bone. Ree nie marzy o niczym, jest wręcz uosobieniem tamtejszej stagnacji. Jak sama stwierdza, jest z lokalnych krwi i kości i nie zamierza tego zmieniać. Więc po co ja to właściwie oglądałem?

Dla kariery Jennifer Lawrence była to przełomowa rola, która otworzyła jej drogę do takich kasowych przebojów jak X-Men: Pierwsza Klasa i Igrzyska Śmierci. Niestety w żadnym z tych trzech filmów się nie popisała, więc sądzę, że angaż zawdzięcza po prostu wyglądem ładnej, prostej dziewuchy o odpowiednich zaokrągleniach figury gdzieniegdzie. Łatwo też dojść do wniosku, że do zagrania ról drugoplanowych również nie potrzeba zbyt dużych umiejętności aktorskich, więc i na tej płaszczyźnie Winter’s Bone nie wybija się za specjalnie. Jeśli chodzi o plusy to z pewnością zdjęcia i montaż, a także dodatkowo oprawa muzyczna, która płynie sobie swoim tempem po granicy świadomości widza, wprowadzając do mimo wszystko dość dramatycznej historii klimat monotonni. Co pozostawia zapewne zamierzony przez twórców dysonans.
Ja Winter’s Bone nie polecam, ale jeśli ktoś jest mocno zainteresowany tego typu sprawami, to pewnie mu się spodoba. Co do nagród, to pewnie „it’s american thing”, tak jak u nas filmy o patologicznych nastolatkach i okresie buntu. No cóż.

OCENA: 4/10

3 Comments

  1. Asia
    7 stycznia 2013

    Nudny film. Niczym mnie nie zachwycił. Temat wydawał mi się tak oklepany, że oglądając ten film musiałam przewijać – bo wiedziałam co będą mówić i jak się zachowywać. -.-
    Największym zaskoczeniem była scena z ręką w torebce na policji.
    Nie polecam filmu, strata czasu.
    Tomasz – obejrzyj coś bardziej ambitniejszego i szalonego. ;D( Nacisk na szalonego. ^^ )

    Odpowiedz
    1. Iscariote
      8 stycznia 2013

      Co polecasz? 🙂

      Odpowiedz
  2. suzarro
    19 stycznia 2013

    Ja już u siebie napisałam, czemu chciałam obejrzeć ten film (nie jestem zbyt obeznana w takich tytułach;]). Co do bohaterki, to uważam, że i tak była bardziej ludzka od reszty mieszkańców, który wszystko i wszystkich mieli w głębokim poważaniu. No i, sama się sobie dziwiąc, nawet się nie zanudziłam. Jeśli chodzi o tą powtarzaną frazę, to od razu na myśl przyszła mi „Oszukana” z Angeliną Jolie (która bardzo często mówi „Where’s my son”).

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *