Wtorek, po świętach (2010)

Cały czas myślę o tym filmie jako o dziele węgierskim. Ale nie, jest to film produkcji rumuńskiej. Skąd taka pomyłka? Zapewne wynika z dość prostackich skojarzen i uprzedzeń, nie ma co tego ukrywać. Jak ktoś słyszy słowo „Rumun”, to kojarzy mu się z tym zjawiskiem. Taka prawda, nie zaprzeczajcie. Taki ignorant ze mnie, że nawet nie miałem świadomości, że w Rumuni jakakolwiek kinemtografia istnieje i że dociera do nas. I z tego, co udało mi się wywiedzieć wygląda to tak. Nasze kino możemy podzielić na absurdalne starocie prlu, starocie o wojnie (obojętnie której), później długo nic i teraz od jakiegoś czasu wylew nijakich komedyjek, romansów gorszych niż z harlequina i współczesnych filmów o wojnie, które jak się okazuje, często są gorsze od tych starszych. A dodanie niektórym efektu 3D nie pomogło, a wręcz problem uwydatniło.  Natomiast kino rumuńskie to odpowiednio komunistyczne byleco jak u nas, później długo nic i niedawno odbudowa rumuńskiego kina od zera tworząc tak zwaną rumuńską nową falę. Filmy jak się okazuje wysokich lotów, o rzeczach ważnych, a bliskich normalnego, szarego człowieka takiego jak piszący te słowa, czy czytający je. I takim też filmem jest „Wtorek, po świętach”. Film z pozoru o niczym odkrywczym. Nawet niedużo się w nim dzieje… a jednak przemawia. Kino zdecydowanie uniwersalne.

Sprawa jest prosta. Ojciec z zamożnej rodziny znalazł sobie kochankę. Po prostu zakochał się i już, nic na to nie poradzi. Oczywiście wie, że przecież zdrada jest zła. Ma stabilizację, żonę i dziecko, więc czemu nagle miałby niszczyć tak poukładane życie sobie i innym? Ale z drugiej strony… miłość? I właśnie tę miłość obserwujemy. Która im dłużej trwa, tym bardziej bohatera rozdziera. Taki teatr życia, spektakl o ludzkiej tragedii. Która oczywiście w skali świata jest niczym, ale w skali głównego bohatera jest wybuchem supernowy. A przecież wszystko zaczęło się od takich małych kamyczków. A nadomiar złego wszystko dzieje się przed gwiazdką. Smutne. Ale przecież tak to już w życiu bywa. Potępiać głównego bohatera? Czuć do niego odrazę, że zdradza żonę? A może współczuć, że los postawił go w takiej sytuacji?

Widz nie ma łatwego zadania, bo kamera nie ocenia, a scenarzysta wręcz specjalnie nie pomaga. Jest chłodno, jest dystans. Dobrym porównaniem, chociaż trochę absurdalnie brzmiącym będzie porównanie do popularnych ostatnio pseudodokumentów z życia wziętych. Tyle, że tutaj mamy do czynienia z jakością. Na poważnie i bez narratora. I tutaj wychodzi genialna moim zdaniem praca kamery. Statyczna, tak jak byśmy stali gdzieś w kącie pokoju, albo w tłumie na ulicy i w ciszy zerkali na bohaterów, tak by nas nie zauważyli. Świetnie to widać w scenie małżeńskiej kłótni, która trwa kilka ładnych minut. Zero przerywników. Niesamowite uczucie bycia duchem w środku ich domu. A największy majstersztyk, to scena końcowa, konkludująca całe dzieło. Z pozoru absurdalne ujęcie, bezsensowne kadrowanie, ale w kontekście całej historii ideał. Pokłony dla operatora i reżysera.

W filmie jest też sporo nagości, ale nie erotyki. Jeśli miałbym to ubrać w słowa, to byłaby to taka nasza szara, codzienna nagość. Ostatnio w kinie sporo jest łamania tabu nagości. Przemilczę polskie próby wstawiania wszędzie cycków i seksu. Wystarczy spojrzeć jakie kontrowersje budzi „Wstyd”, który od niedawna można oglądać w kinach. I czym się właściwie podniecać, skoro Rumunia dopiero zaczyna pokazywać nagość w swoich filmach, a już w dwuletnim, niezbyt znanym utworze osiągnęli niesamowite wyważenie, consensus wręcz. Plecy i pseudo sperma/mydło w płynie na plakacie „Wstydu”? Kontrowersja na siłę. Tu na plakacie mamy pośladek i boli to kogoś?

Aktorsko też niezwykle dobrze. Może ciut nierówno momentami, ale może to wynikać z moich indywidualnych spostrzeżeń, przemyśleń jak ja bym zachował się w danej sytuacji. Oprawa muzyczna też niezwykle przyjemna i dopasowana.  Film obejrzany na Ale Kino+. Jeśli zobaczycie w programie telewizyjnym ten tytuł, obejrzeć koniecznie. Pewnie będą go jakoś niedługo powtarzać.

OCENA: 8/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *